Powrót do Sylwetek

 

 

 

Włodzimierz Korwin-Piotrowski

( Fragmenty nie opublikowanej książki Jana Ciechanowicza „Nieukończona świątynia ”, s.695 i dalsze)

 

W pieśniach tego poety dominuje smutek, nawet w tych z nich, w których wyrażał jeszcze młodzieńcze złudzenia,

marzenia i nadzieje. Mógł już wówczas przeczuwać, że nie sądzone im będzie stać się ciałem, że chleb jego

życia będzie twardy jak kamień, poczucie zaś szczęścia odnajdzie w życiu gorzkim, choć

uszlachetnionym przez cierpienie, to przecież będącym też marnością nad marnościami nie

w mniejszym stopniu, niż egzystencja przyjemna, lekka i pusta…..

 

Włodzimierz syn Leona Korwin-Piotrowski urodził się w 1891 roku w Białej Cerkwi na terenie,

który kiedyś zwano Polską Ukrainą. Tutaj, wśród morza rolniczej ludności ukraińskiej, znajdowały

się ongiś nieduże wysepki, zaścianki zamieszkałe przez najdzielniejszą, najodważniejszą szlachtę polską,

przez ludzi obdarzonych ogromną energią witalną, poczuciem godności osobistej i dumy narodowej.

Z jednego z takich starych rodów rycerskich pochodził ten poeta polsko-rosyjski. Piotrowscy

bowiem to jeden z największych i najbardziej utalentowanych domów szlacheckich dawnej Rzeczypospolitej,

który posiada ogromne zasługi w dziedzinie twórczości kulturalnej nie tylko Polski, ale też Ukrainy,

Białorusi, Rosji, Litwy…

Dzieciństwo poeta spędził w Białej Cerkwi, nad brzegiem legendarnej Rosi, raz z książką, to znów z wędką w ręku,

a to nieraz słuchając z ust tutejszych „kobzarzy” dawnych ukrainnych podań i baśni, do których, jak wiadomo,

Ukraińcy zawsze mieli nie tylko szczególną skłonność, ale i wiele talentu.

Później chłopiec uczył się w rosyjskim gimnazjum, gdyż innego nie było, ponieważ zarówno język polski,

jak i ukraiński, znajdowały się na „indeksie”, nie mogły być używane w dziedzinie szkolnictwa.

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Język polski, używany w rodzinie, przekazał mu

określone stereotypy zachowań mentalnych; ukraiński, którym mówił z „ulicą”, przelał w duszę

młodzieńca specyficzny typ wrażliwości emocjonalnej; obowiązujący zaś w szkole rosyjski narzucił

swoistą dyscyplinę językową i rozwinięte poczucie piękna. Później te wszystkie odcienie znalazły

swe odbicie w utworach poety, w których zawsze czuć „coś polskiego” mimo ich ewidentnej rosyjskości.

W poemacie Złoty piasek autor pisze, zresztą dość powściągliwie, o swych pacholęcych latach:

 

Na skałach stromych barwna Roś

Podwójne echo roznosiła,

Między palcami rwała w dal

I spławik w toni wód topiła”:

 

(„Na skałach rozowaja Roś

Dwojnoje echo raznosiła,

Tiekła mież palcew

I slegka topiła probku popławka”.)

 

Do dzieciństwa poeta powracał nieraz w swych utworach, lecz zawsze ze swego rodzaju

jakby zażenowaniem – że miał przecież w życiu i chwile szczęśliwe.

W wierszu np. z późnego okresu twórczości, jakby podsumowując swe życie, wraca duchem

do miejsc i lat dzieciństwa.

 

Nad Rosju, nad mojej riekoj,

Gdie rozowyje skały w wodu

Kak w zierkało, – jeszczio takoj –

S razgona gołowoj w swobodu,–

 

Wiesłom natrużiennym griebia,

W dyriawoj łodkie płoskodonnoj,

W odnu tiebia, w odnu tiebia,

W odnu tiebia jeszczio wlublennyj.

 

Pieriepływaja siniewu,

Łazur’ opuszcziennogo wzglada,

W Aleksandrijskuju listwu,

W wietwistuju prochładu sada,

 

Po staroj Gietmanskoj w zariu,

K tainstwiennoj zwiezdie Polarnoj,

K miecztatielnomu fonariu,

K nakłonnoj kałanczie pożarnoj,

 

K godam, gdie staraja pieczal

Piersidskoj porosła sirienju, –

Chotia b na mig odin priczal

Wzwołnowannoj sczastliwoj tienju –

 

Nad Biełoj Cierkowju łuna, –

I ljetsia letniaja istoma

Na trup zariezannogo sna,

Na musor nieżiłogo doma,

 

Na miłyje twoi czierty. –

I wnow’, w dwiżienje poworotnom,

Łuna spokojno s wysoty

W prozracznom wozduchie driemotnom.

 

Reminiscencje z dawnych lat wciąż się zjawiają – ale na krótką tylko chwilę –

w wielu tekstach W. Korwina-Piotrowskiego.

Rozpaczliwa tęsknota za utraconym na zawsze krajem dzieciństwa, za daleką ojczyzną bije z wiersza,

który powstał w 1956 roku.

 

Slepaja łoszad’ biez siedła

Użie upała na koleni, –

Jej snitsia gołaja skała

I skrieżiet dalnich otstuplenij –

 

Wospominanij nie choczu

(Bog znajet, to li eto słowo),

Ja każdym imieniem mołczu,

No czto s togo? Dusza gotowa.

 

I otworacziwaja procz

kryło, izjediennoje molju,

Ona idiet w takuju nocz,

S takoj niewyrazimoj bolju,

 

Czto, jesli protianut’ strunu

Ot sierdca do kalitki staroj,

Do tiech kustow, gdzie w starinu

Nocz pieła pticej il gitaroj, –

 

I, jesli palcem lisz nażat’, –

Czto znaju ja? Wsie szumy sada, – –

Ot strun inych nie ubieżat’,

Inych, byt’ możet, i nie nado.

 

Wsie wietki swiesiliś ko mnie,

Rosu i zwiezdy rassypaja – –

Czto snitsia jej w tiażełom snie?

Zacziem upała, zasypaja?

 

Tak, życie ludzkie jest nieprzerwanym dźwiganiem swego „krzyża”, który poeci mogą nazywać

„jarzmem”, aż w końcu następuje ostateczny upadek i śmierć.

A wszystko to – nie wiadomo po co – upływa jak sen, jak ułuda, „vita, somnium breve”...

 

W zakatnom niebie, w letniej roszczie

W ruczje pugliwom il w ugłu,

Gdie niezamietnieje i proszczie, –

Szcziekoj wzwołnowannoj k stiekłu,

 

Nawstrieczu zwiezdam i tumanu,

Gdie cziernoj wietkoj bjeszsia ty,

Nie pieriestanu, nie ustanu

Lubit’ poblekszije czierty.

 

Podwieszu sierdce na porogie,

Cztob oswietiło, jesli nocz’,

Nakroju sierdcem, jeśli nogi

Zachołodieli, – no pomocz’,

 

Prigładit’ priadi nad wiskami,

Browiej kosnutsia, cztob tiepło

Gubami, grudju i rukami

W twoi ładoni pierieszło. – –

 

Ale także miłość, to źródło życia wszechświata, dotknięta jest rozkładem i zmierza w kierunku niebytu.

 

Biezzwiezdnyj mir i tiszina,

Mir pozdniego błagouchanja,

W sadu głubokaja wołna

Tainstwiennogo zadychanja.

 

Wot drogniet wietka w storonie,

Tiażiełyj list pieriewiernietsia,

I nocz’, wzdochnuwszaja wo snie,

Wdrug każdym dieriewom prosnietsia.

 

Wsio szirie prizracznych wietwiej

Torżiestwiennoje kołychanje,

Wsio oszczutimiej mież browiej

Prochłady bliskoje dychanje.

 

Kak budto osień lisz żdała

W allejach dusznych etoj wstrieczi, –

Ona wpłotnuju podoszła

I tronuła mienia za pleczi.

 

I nakłoniaś iz tiemnoty,

W lico moje gladit triewożno

I chocziet ugadat’ czierty,

Priznat’ kotorych niewozmożno.”

 

*           *           *

Cała twórczość W. Korwina-Piotrowskiego znajduje się w napięciu na pograniczu: między życiem

 a śmiercią, tak, jakby trudno się było zdecydować zarówno na wybór jednego z tych światów lub

zobaczyć wszystko w innej perspektywie. Wolał więc ten stan nieokreśloności i rozdarcia.

O swoim życiu, dochodząc już kresu wędrówki ziemskiej, ten poeta umiał napisać tylko kilka zdań:

 Jestem oficerem artylerii. Podczas wojny domowej zostałem nieumiejętnie rozstrzelany przez

czerwonych partyzantów. W okresie niemieckiej okupacji Paryża zostałem zaszczycony wyrokiem

 śmierci i sympatią swych towarzyszy więziennych”...

Te parę zdań mówi jednak wiele, skoro właśnie w nich znakomity poeta i dramaturg chciał

streścić swe bogate w doświadczenia życie, skoro tylko te informacje odczuwał i uważał za istotne.

A więc tragizm jego poczucia estetycznego wyrastał bezpośrednio z tragizmu jego życiowego doświadczenia.

Co więc na nie się składało?

Niestety, późniejsi historycy i biografowie niewiele mieli i mają na ten temat do powiedzenia, wiele,

być może istotnych, szczegółów i „drobnostek” pozostanie na zawsze nieznanych. Zrekonstruować

daje się tylko obraz niepełny, fragmentaryczny.

W 1914 roku wybuchła pierwsza wojna światowa i Włodzimierz Korwin-Piotrowski udaje się

ochotnikiem na front po kilkumiesięcznym przeszkoleniu. Jest artylerzystą zarówno gdy walczy przeciwko

Niemcom, jak i przeciwko współobywatelom – podczas wojny domowej. W 1918 roku zostaje wzięty do

niewoli, czekając na wykonanie wyroku śmierci pisze na pudełku od papierosów wiersz:

 

Nas oboszli i żali s tyła,

Snariady bliziliś k koncu,

I stała śmierć licom k licu

I pulej wrażeskoj zawyła.

 

Szumieli gromko chwastuny,

Mołczali chrabryje ustało,

I płamia cziornoje wojny

Na gorizontie kłokotało.

 

W razbitoj chiżinie k utru

Sowiet sostawiłsia słuczajnyj,

I nie było uż bolsze tajnoj,

Czto s pierwym sołncem ja umru.

 

W dyriawych sumkach eskadrona

Ostatok skudnyj naskriebia,

Ja mołcza razdielił patrony,

Odin ostawił dla siebia.

 

Togda, w minuty rokowyje,

Kak budto gibieli nazło,

Togda, klanuś, mienia wpierwyje

Takoje sczastje obożgło, –

 

K takoj swobodie połnowodnoj

Dusza prilnuła najawu, –

Czto nowyj dień, kak śmierć swobodnyj,

Stał dniem żiwych. I ja – żiwu.

 

Los chciał, że kule czerwonych żołnierzy zadały tylko lekkie draśnięcia i białogwardzista po

zapadnięciu zmroku uciekł z miejsca, w którym pozostali jego pomordowani towarzysze walki.

O znalezieniu swego miejsca w „państwie robotniczo-chłopskim” nie było co marzyć,

o tym Korwin-Piotrowski miał dość czasu i okazji się przekonać. W 1920 roku udaje mu się

wyemigrować do Berlina, gdzie zarabiał na chleb powszedni w charakterze kierowcy

 i publikował swe wiersze w periodykach emigracji rosyjskiej pod nazwiskiem Piotrowski.

W 1923 roku ukazuje się w Berlinie pierwszy zbiorek jego wierszy pt. Połyń i zwiezdy,

niepretensjonalna książeczka młodzieńczych liryków. Chociaż sam autor później pisał,

że jego twórczość z okresu berlińskiego nie budzi w nim samym „niczego prócz rozdrażnienia”,

 jeden z najwybitniejszych emigranckich krytyków rosyjskich Konstanty Moczulski nie tylko

zauważył Połyń i zwiezdy, ale i zamieścił w piśmie „Zwieno” dość życzliwe tego tomu omówienie.

Co prawda recenzent odnotował, że język tych poezji jest „ciężkawy i staroświecki”, ale też oku

jego nie uszła okoliczność, iż nie ma w nich żadnej fałszywej nutki, a przejmująca rozpacz

 wydaje się być głęboko ugruntowana w światopoglądzie poety. Był to więc rzadki przypadek

 krytyki rzetelnej i sprawiedliwej, o wiele bowiem częściej ma się do czynienia ze stronniczością

 i złośliwością w tej dziedzinie, co wynika niejako z głębszych właściwości duszy ludzkiej.

Konstanty Moczulski zwrócił uwagę na fakt, że W. Korwin-Piotrowski nawet o miłości pisze ze smutkiem,

co rzeczywiście było zgodne z prawdą. Oto np. jeden z dowodów:

 

Cwiety i mołnii, – w sadu

Ogromnoj radugi podkowa, –

O, podożdi, ja wyjdu snowa,

W zabytyj gołos upadu,

I, wietku mokruju srywaja,

Tiebia sijanjem okroplu.

Skażu, czto wsio jeszczie lublu,

Skażu, czto dażie umiraja – –

O, podożdi, – mnie wsio rawno,

Czto gody mieżdu nami stali,

Czto pomnisz ty mienia jedwa li,

Czto ja i sam zabył dawno.

Nie wspomnit’ ni odnoj primiety, –

Tak pamiat’ miertwaja mołczit, –

No nieżnostju, no bolju etoj

Kak wstar’ dusza krowotoczit.

 

W twórczości tego okresu poeta chętnie powraca do tematów chrześcijańskich; czyni to np.

w poemacie Zwiezdnoj tropoju (1921), poświęconym ukazaniu drogi życiowej Marii Egipskiej

od nierządnicy do świętej. Siłą rzeczy był to utwór nieco patetyczny, choć dość niejednoznaczny

 w swej wymowie światopoglądowej i duchowej. Odbiło się w nim niewątpliwie wewnętrzne

zamieszanie w duszy autora, rozdygotanie i błądzenie jego serca na drodze poszukiwania prawdy

o świecie i o sobie.

Czasy to były dla wygnanej rosyjskiej „białej” inteligencji trudne. Były oficer odżywiał się nędznie,

 w jadłospisie kawałeczek mięsa zjawiał się w najlepszym razie raz na tydzień, a w wynajmowanym

pokoiku było często tak chłodno, że, aby się ogrzać, poeta wsiadał do kolejki i za względnie niską opłatę

przez kilka godzin krążył wokół Berlina. Jak wspominał jeden ze znajomych Korwin-Piotrowskiego:

Stare przedwojenne wagony stukały, skrzypiały, grzmiały i piszczały na przystankach.

 A za oknami coś syczało i gwizdało, wydawało się, że to nasza nostalgia rozsypuje się tam

na drobne cząsteczki, opuszczając się potem na szyby i spływając po nich mętnymi łzami”.

W latach 1921-1923 W. Korwin-Piotrowski redagował dział poezji emigracyjnego pisma „Społochi”,

w którym też zamieszczał swe liczne wiersze. Przed rokiem 1939 udało mu się prócz tego wydać sześć

dalszych zbiorków swych poezji, które zresztą też później uznawał za nieudane, choć było w nich

niemało utworów nadzwyczaj interesujących. W 1929 roku pisarz ukończył swoją sztukę Beatricze oraz

trzy dalsze nieduże tragedie: Nocz (pierwotnie: Pieried duelju), Śmierć Don Żuana i Korol.

W latach trzydziestych W. Korwin-Piotrowski z niepokojem obserwował panoszenie się bolszewizmu

 w Rosji, jak też powolne utwierdzanie się nazizmu w Niemczech. Uważał te dwa nurty ideologii masowej

 za pokrewne i głęboko antykulturalne.

W tym okresie powstał alegoryczny wiersz, nawiązujący, jak się wydaje, do tematu ludzkiej ciemnoty

 i prostactwa, jako zjawiska destruktywnego i pociągającego za sobą katastrofalne konsekwencje.

 

W trubie bolszogo teleskopa

Uczionyj wysmotrieł zwiezdu;

Jejo marszrut – Ziemla, Jewropa.

I wot ona w bolszom sadu.

 

Prielestnyj szar gołubowatyj,

Jeszczo w kosmiczeskoj pyli,

Na niem uzor zamysłowatyj

Moriej prozracznych i ziemli,

W pustynnoj buchtie – korabli.

 

Sbieżaliś dieti, zakriczali

Na sotni raznych gołosow, –

Im niańki strogo zaprieszczali

Kasatsia strannych parusow.

 

I niechotia smotrieł na eto

Rasstrojennyj gorodowoj, –

Mież roz połomannych – płanieta

Blistajet swieżej siniewoj –

 

Togda starucha – ot – ubornoj

Iz wyskoblennogo ugła,

Prichramywaja, pticej cziornoj

K płanietie czużdoj podoszła.

 

Mignuła wycwietszej riesnicej

I na głazach u dietwory

Wdrug tyknuła wiazalnoj spicej

W skłon ogniedyszaszcziej gory.

 

 

Szar drognuł w płamieni łazurnom,

Rwanułsia, otkacznułsia procz’, –

I mieżdu sołncem i Saturnom

Nadołgo wocariłaś nocz’.

 

W 1939 roku W. Korwin-Piotrowski przeniósł się potajemnie z Berlina do Paryża i włączył się tu

czynnie do ruchu oporu. Został ujęty przez faszystowską policję i dziesięć miesięcy spędził za

kratami czekając na wyrok śmierci. Poeta pisze w więzieniu pełen tragizmu wiersz:

 

Rieszietkoj sdawleno okno

(Tak duszat żiertwu noczju cziornoj).

W stienie ugriumoj i upornoj

Połuprozracznoje piatno.

 

Tak żmietsia mir bielesowatyj,

Odietyj w sumierki i mgłu.

W niem sołnce żiełto-buroj watoj

Prilipło k mutnomu stiekłu.

 

Dieriewja, obłaka i pole,

Wsio, czto szumit w swobodnom snie,

Obiezjazyczieno w niewole

W zamazannom mojom oknie.

 

No, rabstwom dlitielnym naskucza,

Ja uglem na stienie tajkom

Risuju morie, les i tuczu,

Ładju na bieriegu morskom.

 

Ja dołgo duju w parus biełyj,

I wot – bieżit moja ładja, –

Sczastliwyj put’, korablik smiełyj,

Za sczastjem otprawlajuś ja.

 

I snowa mir prozracznyj dyszit

W tiekuczich wodach i pieskach,

I wietier radugu kołysziet

W żiwych, griemuczich obłakach.

 

Morskoj łazurju wozduch tronut,

Kipit wiesiołaja korma.

I w biełoj pienie tonut, tonut

Okno, riesziotka i tiurma.

 

Poety, co prawda, nie rozstrzelano i z braku dowodów winy wypuszczono na wolność uprzedzając,

że jeśli jeszcze choć raz padnie na niego podejrzenie o nielegalną działalność, zostanie natychmiast

 rozstrzelany. To poskutkowało. Ale życie na wolności w okupowanym, wyniszczanym przez wojnę

kraju mało się różniło od warunków więziennych. W jednym z późniejszych listów do przyjaciela

Ofrosimowa poeta pisał:

Gdy z trzyletnim synem okazaliśmy się z żoną w Paryżu, postanowiliśmy, że tak czy inaczej poumieramy

 z głodu, dziecko jednak trzeba czymś karmić. Gdy siedziałem w ciupie, żona znalazła gdzieś

woreczek zagadkowo wyglądającej suchej kaszy, przemieszanej z mysimi ekskrementami.

Ognia nie było, węgla też. Żona zdobyła gdzieś pustą puszkę od konserw, trochę krowiego

tłuszczu i knot. Puszka wydawała niemało smrodu, ale wystawiona na balkon gotowała się w niej na

 czystej wodzie kasza dla syna... Gdy wróciłem z więzienia, zaczęliśmy farbować chusty jedwabne,

 co nam pozwoliło zarobić na chleb, cebulę itp. Pracuję nad tymi chustami bardzo długo, do godziny

pierwszej i drugiej w nocy. Po pracy nie czuję ani rąk, ani nóg”...

Mimo ogromnego wysiłku egzystencja rodziny wciąż była niepewna, zagrożona, a życie jej głowy

 wisiało na włosku. Wystarczyło by drobne nieporozumienie, błąd policji czy fałszywy donos,

a cała rodzina zostałaby rozstrzelana. Zarobek zresztą też był nie tylko mizerny, ale i niepewny.

Głębokim pesymizmem tchnie wyrazisty tekst poetycki z 1944 roku.

 

Dymiatsia rozy na sniegu,

Ich wjuga zamietajet pylju, –

Prowornyj popik na biegu

Triet biełyj nos jepitrachilju.

 

Trieskuczij chołod kosti jest, –

Wsie razoszliś moroza radi, –

I tolko – rozy, snieg i kriest,

Priwalennyj k czużoj ogradie.

 

I dwoje pijanic, – ziemlu bjut,

Tiażiełym zastupom łomajut,

Prodrognuw, krepko wodku pijut

I czto-to griesznoje pojut,

Otrokowicu pominajut.

 

I wo chmielu swojem, gordiaś

Jejo niewinnoj krasotoju,

Uż nie robieja, nie stydiaś,

Ot wietra lisz otworotiaś,

Nieczistoj tieszatsia miecztoju – 

 

Żeleznaja ziemla tiażka, –

Grob gułko achajet i stoniet,

Pod grudoj meirzłogo pieska

Nikto nie smiejet i nie troniet.

 

Ona leżit, sniegow bledniej,

Na smiertnom, il na bracznom łoże,

I niebo nizkoje nad niej

Na wieczność mutnuju pochoże.

 

Dymitsia kust, dymitsia twierd’,

Ziemla wo własti mgły letucziej,

Biezludje w tiemnotie skripucziej, –

Lisz nocz i nocz. Lisz smierć i smierć.

 

Po wojnie W. Korwin-Piotrowski zamierzał wrócić do Rosji, lecz doszły do niego wiadomości,

że tamtejsza bezpieka rozstrzeliwuje wracających „białogwardzistów”, poniechał więc tego zamiaru

 i pozostał na wygnaniu. Odtąd drukował swe wiersze pod pełnym nazwiskiem: „Korwin-Piotrowski”,

podkreślając w ten sposób ostentacyjnie polsko-szlacheckie pochodzenie. Pod tym nazwiskiem ukazał

 się w 1950 kolejny zbiorek jego wierszy pt. Wozdusznyj zmiej czyli Latawiec, w którym znalazły się

 utrzymane w pamięci wiersze więzienne, jak też świetne liryki z okresu 1937-1949. Niebawem ukazał

się drukiem kolejny tomik poezji pt. Porażenije czyli Klęska, również zawierający szereg znakomitych

pod względem formy i treści utworów, jak np. poniżej przytaczany:

 

Zdieś blizok okiean. Siuda

Poroj dochodit ropot strannyj, –

Na nas prozracznaja zwiezda

Gladit iz noczi biezymiannoj.

 

Nieosiazajemyj prostor

Poros dieriewjami gustymi,

Na gorizontie ciepi gor

Ciepiami każutsia prostymi.

 

Kakaja tiszina, moj drug!

Lisz ptica riedkaja rwanietsia,

Nierownyj oboznacziw krug,

I w czaszczu sonnuju wiernietsia.

 

I wnow’ tainstwiennyj priboj

Wstajet i głochniet w otdalenje,

Kak-budto gdie-to za toboj

Ogromnoje sierdcebijenje.

 

W tym czasie poeta i jego żona wiele uwagi poświęcają wychowaniu i kształceniu syna.

Każdy uciułany grosik idzie na opłacenie jego nauki w gimnazjum. Radość rodziny

była ogromna, gdy uzdolnionemu młodzieńcowi udało się wstąpić na wydział matematyki

 jednego z renomowanych uniwersytetów amerykańskich. Niebawem, w roku 1960,

poeta przenosi się do Stanów Zjednoczonych i zamieszkuje w Los Angeles. Dużo pisze,

 w wierszach pojawia się wątek spokoju i równowagi, choć wciąż nacechowany dynamiką

 i – tym razem nie tylko egzystencjalnym, ale i mistycznym – niepokojem. Wiersze jego

stają się bardzo „klasyczne”, są rymowane i rytmiczne, nie ulegają przybierającej na sile modzie

 na zchaotyzowanie treści i formy. Jego smutek nie jest wyrazem choroby, lecz pełni intelektualnej

 i głębokiego rozumienia szlaków tego świata. Gdyby zresztą było inaczej, też trudno było by się temu dziwić.

Twórczość W. Korwin-Piotrowskiego jest wieloaspektowa i złożona.

Tajemnicze ruchy i szmery towarzyszą wierszowi Iłłarionu Woroncowu-Daszkowu (1964):

 

Powtornyj ostorożnyj stuk,

No nikogo za dwierju naszej – –

Kak sołnce nad wysokoj czaszej

Nad łampoj oswieszczionnyj krug.

 

Ja budu żdat’. Budilnik staryj

Jeszczio nie skoro zatrieszczit, –

Na kniżnoj połkie tień gitary

Il cziernyj udliniennyj szczit.

 

Oskołok doblesti nienużnoj,

Mieczty somnitielnyj opłot

Gladit proboinoj narużnoj,

Dyroj zijajuszcziej, i wot, –

 

Wot wchodit junosza wzdychaja,

On biełoje niesiet kopje,

Ottocziennoje ostrije

Krowotoczit nie wysychaja.

 

Za kaplej kapla ritm dożdia,

Nastojcziwyj razmier padienja, –

Tak bjetsia sierdce do rożdienja,

Tak nie lubia il nie najdia,

 

 

My dielim wriemia na minuty,

Otsczitywajem kabłukom,

Tak na maszinkie ni o kom

Piśmo pieczatajem komu to – –

 

Graal, Graal, – moj chripłyj gołos

Zaduszien spazmoj gorłowoj, –

No oslepitielno żiwoj

W dymu tabacznom riejet wołos.

Odin lisz swietłyj wołos twoj.

 

Jako kontynuator tradycji romantycznej w poezji rosyjskiej, biegnącej do niego bezpośrednio

 od A. Puszkina i M. Lermontowa, Włodzimierz Korwin-Piotrowski zawsze miał wśród

 emigrantów rosyjskich wielu czytelników, w ZSRR zaś zaczęto go drukować dopiero

 w przedostatnim roku istnienia tego państwa, 1990, dzięki „pieriestrojce”. W następnych

 latach popularność jego w Rosji narastała, był tam wielokrotnie wznawiany, a w pismach

 krytyczno-literackich ukazało się wiele poświęconych jego twórczości, utrzymanych

 w życzliwej tonacji, artykułów.

*           *           *

Na Zachodzie natomiast ostatnim, dwutomowym wydaniem dzieł poetyckich i dramatycznych

 W. Korwina-Piotrowskiego był zbiór pt. Pozdnij gost’ (1968-1969), ostatecznie utwierdzający

 jego pozycję jako jednego z najznakomitszych poetów rosyjskojęzycznych – płodnego przecież

 w talenty – XX wieku.

Z późnego okresu twórczości W. Korwin-Piotrowskiego pochodzi jeden z jego najpiękniejszych

wierszy o tematyce polskiej:

Zamoście i Zbaraż, i Krakow wielmożnyj

Siegodnia w sziełku i parczie, –

Na jeli chrustalnoj zakat niewozmożnyj

Kak roza na junom pleczie.

O, polskoje sczastje pod miesiaciem uzkim,

Doroga skripit i chrustit, –

Niewiesta Marina s cariewicziem russkim

Po snieżnomu polu letit.

 

Skwoź zwiezdy i wietier letit i tomitsia,

Łaskajet szcziekoj sobola, –

Rasszit żiemczugom na jejo rukawice

Orioł dwojegławyj Kriemla. – –

 

Ty smotrisz na zwiezdy, zarytyje w iniej,

Ty słuszajesz wieriezg saniej, –

Sieriebrianyj miesiac nad biełoj pustyniej,

Sieriebrianyj par od koniej.

 

Wsia nocz’ w sieriebro pieriepławitsia skoro,

Wieś płamień w dychanje twojom, –

Zwienit na morozie wiengierskaja szpora,

Pojot ledianym sołowjom.

 

O, polskaja gibiel w zanosach sirieni,

W głubokom – wiszniewom – cwietu, –

Goriaczieje sierdce i snieg po koleni,

I cokot kopyt na letu – –

 

Wsio muzykoj budiet, – wieczierniej gitaroj,

Mazurkoj w ujezdnoj głuszi,

Żurczanjem fontana na płoszczadi staroj,

Nieczajannym wzdochom duszi.

 

Jest to jeden z najbardziej polskich wierszy w literaturze światowej, pisany nie w języku polskim,

 lecz dający wyraz najgłębszym archetypom duszy polskiej, jej naturalnym wyobrażeniom i odruchom.

Hamann pisał w Estetyce: „Poezja jest macierzystym językiem rodzaju ludzkiego; tak jak śpiew był

starszy niż deklamacja, wymiana niż handel. Zmysły i namiętności nie rozumieją nic oprócz obrazów”.

Podobnież Herder uważał, iż poezja każdego narodu powstaje w sposób naturalny na podłożu języka.

Ale przecież korzenie samego języka wyciągają soki pożywne z ducha ojczystego, z tego, co jedni

 zwą duszą narodu, inni zbiorową podświadomością, jeszcze inni charakterem etnicznym;

pod którymi to pojęciami kryje się pewna, trudna bliżej do określenia rzeczywistość

 o niemożliwym do sprecyzowania charakterze, o której – jak o Bogu – można twierdzić jedynie,

 że ona istnieje. Jest naprawdę. I nie przemija wraz z wygnaniem, utratą ojczyzny, a nawet

języka praojców...

Jednym z ostatnich utworów W. Korwin-Piotrowskiego był elegiczny wiersz A. G. Woroncowoj-Daszkowoj,

nacechowany nostalgią, przesiąknięty smutkiem przemijania. Taki nastrój cechuje schyłkowy etap

 wszystkich poetów i stanowi jakby wyraz zanikania sił biologicznych w twórcy, słabnącym nie tylko

           a może nawet nie tyle – na skutek przemijania czasu, ile na skutek nagromadzenia trudnych

i smutnych doświadczeń losowych. Jest to stan fundamentalnego smutku – przed ciszą

i wiecznym uspokojeniem. Vanitas vanitatum...

 

Wsio rieżie wspleski wodianyje

I skrip uklucziny suchoj,

Lisz osień w zawodi głuchoj

Połoszcziet palcy ledianyje.

 

Dwoitsia echo nad riekoj –

Protiażnyj gołos powtorienij,

Riad muzykalnych udarienij,

Jeszczio nie swiazannych strokoj.

 

I w niebie miertwoje kryło,

Kak niekij obraz stichotwornyj,

Roniajet kapli krowi cziernoj

Na zamiedlennoje wiesło, –

 

I nad pustynnym ostrowkom

(Primier padienij il parienij),

Koleblemyje wietierkom,

Letiat obrywki opierienij

W takom biezmołwii, w takom, –

 

Wieś mir zapołnien tiszinoj

I szorochom, i sożalenjem,

Duszi triewożnym izumlenjem,

I wysotoj, i głubinoj.

 

Profesor Wolfgang Kasack twierdzi w jednej ze swych książek, że W. Korwin-Piotrowski

zajmuje miejsce szczególne w rosyjskiej literaturze emigracyjnej”. Wypada, być

 może dodać, że nie tylko w emigracyjnej. Jest obecnie jednym z najbardziej cenionych

 i poczytnych poetów w samej Rosji, przeżywającej bodaj najtrudniejszy okres w swej historii.

Swoistym podsumowaniem dotkliwych doświadczeń życiowych, przez cierpienie podnoszących

 duszę, autor przedstawił w wierszu:

 

Kogda okno w sadu triewożnom

Wzojdiet, kak dalniaja zwiezda,

I sad w porywie niewozmożnom

Wsie wietki wyplesniet, – kogda,

 

Kak sierdce noczi, list ogromnyj

Prilniet k tumannomu stiekłu,

I osień w grusti wierołomnoj

Piłoj udarit po stwołu,

 

I zadychajaś, ptica stoniet

I umirajet na letu,

A buria biesposzczadno gonit

Jejo w takuju wysotu,

 

Gdie niet padienij il snieżienij,

Gdie padat’ niekuda, – i wot,

Smotri, – ot dołgich porażienij

Lisz etot ostajetsia wzlot.

 

Zmarł znakomity poeta 2 lutego 1966 roku w Los Angeles i został pochowany na jednym

 z tamtejszych miejsc wiecznego spoczynku.

Mimo głębokiego pesymizmu bodaj najwięcej w wierszach W. Korwin-Piotrowskiego jest tego,

 co Paul Tillich nazywa „męstwem bycia” czyli odwagi i siły trwania w świecie wbrew wszelkim

 klęskom i trudnościom, wbrew niezasłużonym lub zasłużonym cierpieniom, sprawiedliwym

 lub niesprawiedliwym wyrokom losu. Trwać i przetrwać – to zależy od człowieka,

 a reszta jest w ręku Boga.

 

*           *           *

Do góry

 

Powrót do Sylwetek