Edward Ligocki (1887 – 1966),

 

syn Marii Korwin-Piotrowskiej i Edwarda Ligockiego

 

Literat, publicysta polityczny

 

(Na podstawie opracowania Zofiii Biłek-Dąbrowskiej, „Polski Słownik Biograficzny”, t. XVII, 1972)

Powrót do Sylwetek

 

Urodził się  5 III w Tuczy (w pow. berdyczowskim), w środowisku ziemiańskim. Syn Edwarda i Marii z Korwin-Piotrowskich (stryjecznej siostry Gabrieli Zapolskiej). Dzieciństwo spędził w Jadwigopolu, majątku dzierżawionym przez ojca (potem urzędnika syndykatu rolnego w Kijowie). Ukończył gimnazjum

w Kijowie w 1904 r. W latach 1904-1907 studiował niesystematycznie pod kierunkiem Mariana Zdziechowskiego na Wydziale Filozoficznym UJ.

            W roku 1905 debiutował szkicem dramatycznym pt. „Kuźnica Illmarowa”, opartym na motywach fińskiego eposu „Kalewala”, a w latach 1906 i 1908 ogłosił dwa tomiki „Poezji” pozostające, podobnie jak ów dramat, w kręgu wpływów młodopolskich.

            W latach 1907-1909 kontynuował studia filozoficzne w Lozannie, we Fryburgu i na paryskiej Sorobonie. Jesienią 1909 r. przerwał studia i powrócił do Kijowa.

W tym okresie współpracował z czasopismami kijowskimi („Nasza Przyszłość”, „Dziennik Kijowski”), lwowskimi („Nasz Kraj”, „Kronika Powszechna”) oraz krakowskimi („Miesięcznik Literacki i Artystyczny”, „Museion”). Osobno wydał wtedy szkic powieściowy „Przeznaczenie” (Kijów 1909) i opowiadania „Legendy o Królowej Jadwidze” (Lwów 1911), za które otrzymał pierwszą nagrodę na konkursie Towarzystwa im. Piotra Skargi we Lwowie.

            W latach 1912-1913 Ligocki przebywał w Szwajcarii; 19 III 1913 ożenił się z Olimpią Gozdawa-Giżycką. W połowie 1913 r. zamieszkał wraz z żoną w Paryżu, gdzie kontynuował studia na Sorbonie i słuchał wykładów w „École Libre des Sciences Politiques”. W 1913 r. uzyskał pierwszą nagrodę na konkursie tygodnika „Bluszcz” za powieść „Laguna morta”, ale zajmowała go głównie działalność polityczna w kręgach konserwatywnych. Na początku wojny 1914 r. prowadził wraz z Władysławem Zamoyskim akcję ochrony jeńców Polaków z armii niemieckiej, internowanych we Francji.

            W 1915 r. L. przeniósł się do Szwajcarii. Mieszkał początkowo w Lozannie, a następnie w Bernie, gdzie od 1916 r. pracował w Centralnym Biurze Prasowym, podległym krakowskiemu Naczelnemu Komitetowi Narodowemu (NKN), pod kierunkiem Michała Rostworowskiego. W tym czasie wyjeżdżał kilkakrotnie do kraju w celu nawiązania porozumienia między ppłk. W. Sikorskim z Departamentu Wojskowego NKN  i przedstawicielami rządu francuskiego.

L. należał także do działającej w Szwajcarii grupy „La Pologne et la Guerre 1772-1915”, której celem była propaganda polityczna na rzecz niepodległości Polski.

            W okresie wojennym L. wydał powieść poświęconą walkom Polaków na początku wojny 1914 r. w północno-wschodniej Francji, pt. „Sambra i Moza” (1916), która otrzymała wysokie oceny krytyki. L. był także autorem satyry „Telimena w Lozannie” (powstała w r. 1917), skierowanej przeciw Narodowej Demokracji i R. Dmowskiemu (wyd. pod pseud. St. W. Rykow, wspólnie z B. Hertzem i S. Słońskim, w tomiku zbiorowym „Ad maiorem N.D. Gloriam. Wycieczki satyryczne”, Wilno 1922).

Od listopada 1918 do czerwca 1919 r. L. był sekretarzem poselstwa polskiego w Bernie, kierowanego przez Augusta Zaleskiego. Latem 1919 r. wrócił do kraju i przebywał w Zakopanem.

Na początku 1920 r. brał udział w ekspedycji wojskowej pod dowództwem J. Hallera, mającej na celu objęcie Pomorza w wyniku postanowień traktatu wersalskiego. Następnie prowadził Wydział Prasowy w II Oddziale Sztabu Inspektoratu Generalnego Armii Ochotniczej. L. był przeciwnikiem wyprawy kijowskiej J. Piłsudskiego, a przebieg warszawskiej bitwy sierpniowej 1920 r. traktował jako sukces wojskowy J. Hallera i W. Sikorskiego.

Był współtwórcą legendy Armii Hallera, opublikował liczne utwory beletrystyczne poświęcone jej walkom i apoteozujące postać i czyny wojskowe przywódcy: „Płonące Reims” (1921), „Lew św. Marka” (1922), „Nowa legenda” (1921), „Derwisz tańczący”

(1924), „Mare Polonum” (1924), „Gdyby pod Radzyminem...” (1927).

Jesienią 1921 r. L. został zwolniony z wojska, w randze majora. Osiedlił się w Poznaniu i powrócił do pracy dziennikarskiej (współpracował z czasopismami: „Kurier Poznański”, „Kurier Warszawski”, „Rzeczpospolita”, „Hallerczyk”) i literackiej; ogłosił dalsze tomy poezji, utrzymane w duchu neoromantycznego epigonizmu, jak „Ognie Werony” (1919),     „W ogrodzie róż” (1921, z reprodukcją portretu pędzla J. Mehoffera). Był także kierownikiem literackim poznańskiego Teatru Nowego. W r. 1921 przez okres kilku miesięcy sprawował funkcję prezesa poznańskiego oddziału Związku Zawodowego Literatów Polskich.

W końcu grudnia 1922 r., kiedy zamordowano prezydenta G. Narutowicza, L. został aresztowany wraz z innymi osobami z otoczenia J. Hallera, ale na początku stycznia 1923 r. zwolniony aktem łaski prezydenta S. Wojciechowskiego.

Jako publicysta L. atakowany był przez zwolenników J. Piłsudskiego. W 1923 r. W. Stpiczyński w „Głosie Opozycji” zarzucił Ligockiemu, że pod koniec wojny uprawiał szpiegostwo na rzecz państw centralnych. L. wytoczył Stpiczyńskiemu proces  o zniesławienie, lecz sprawa została zawieszona z powodu niedostatecznej liczby świadków.

Z kolei L. wydał pod pseud. Jan Młot paszkwil na obóz Piłsudskiego pt. „Ryzykanci” (1926), na co replikowano anonimowo wydaną broszurą (autorstwa Stpiczyńskiego?) pt. „Zbrodniarze” (1926). Polemika ta, jak i inne wystąpienia publicystyczne L., prowadzona była w atmosferze politycznego zacietrzewienia.

W roku 1925 L. (na łamach „Kuriera Poznańskiego” i „Rzeczypospolitej”) brał udział, wraz z innymi krytykami prawicy, w kampanii prasowej skierowanej przeciwko „Przedwiośniu” Żeromskiego.

W przeddzień zamachu majowego, w kwietniu 1926 r. L. opuścił kraj i osiedlił się we Francji jako emigrant polityczny. Zamieszkał w Tulonie i zajmował się pracą literacką. W okresie tym wydał liczne powieści, jak m.in. „Zwid złego ducha” (1928), „Rasputin  i Rossomocha” (1929), które – tak jak i poprzednie,

np. „Noc na Palatynie” (1923), „Hamlet    i Carmen” (1925), „Prawo szpady i krwi” (1926) – z powodu sensacyjno-melodramatycznych wątków, słabości kompozycyjnej i łatwizny techniki pisarskiej zaliczyć trzeba do literatury drugorzędnej. Bardziej trwałymi walorami literackimi odznaczają się jego powieści                z wcześniejszego okresu, o ambicjach historycznych, dotyczące czasów po powstaniu listopadowym, jak „Sen o Dwernickim” (1918), „Nitka Ariadny” (1924) czy późniejsza epopeja wierszem (w zamierzeniu kontynuacja „Pana Tadeusza”) pt. „Złota Chorągiew. Pana Tadeusza część druga. 1830-1837” (Londyn 1941, wznowienie Londyn 1942).

W Tulonie L. należał do prowansalskich stowarzyszeń literackich: „Académie du Var” (departament w Prowansji) i stowarzyszenia im. F. Mistrala „Félibrige”.

W końcu 1933 r. L. przeniósł się na stałe do Paryża i zajmował się głównie pracą dziennikarską, zamieszczając korespondencję na tematy polityczne w prasie polskiej: w „Kurierze Warszawskim”, „Kurierze Poznańskim i „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”. W  1939 r.  L. (który owdowiał w r. 1927) ożenił się z francuską poetką Germaine Rale (pseud. literacki Arel).

W listopadzie 1936 r. L. udał się do Warszawy i przyjął propozycję współpracy  z Oddziałem 11 Sztabu Głównego jako „agent diplomatique” wywiadu do spraw politycznych we Francji.

Po wybuchu wojny 1939 r. L. współdziałał przy organizowaniu wojska polskiego na terenie Francji. Następnie do kwietnia 1940 r. był kierownikiem referatu propagandy w emigracyjnym Ministerstwie Spraw Wojskowych w Paryżu. W czerwcu 1940 r., wraz  z personelem ministerstwa, został ewakuowany

  z Paryża i przewieziony przez angielską marynarkę do Szkocji. Przebywał w obozie wojskowym w Broughton w pobliżu Edynburga, a potem w mieście Dunfermline. W r. 1941 został mianowany oficerem oświatowym, mającym za zadanie łączność między polską komendą miasta w Edynburgu a władzami miejskimi i uniwersyteckimi („officer for public relations”).

W r. 1942 L. wydał broszurę pt. „Echa z martwego domu” (Edynburg), w której na marginesie polemiki z „Historią Polski 1919-1939” St. Cata-Mackiewicza przeprowadził ostrą krytykę polityki Piłsudskiego i rządów okresu 1926-1939. Został za to zdymisjonowany.

Dzięki poparciu gen. J. Hallera, ówczesnego kierownika Urzędu Oświaty i Spraw Szkolnych, mianowano L. wkrótce delegatem tego urzędu w Edynburgu do spraw wydawniczych. W okresie tym L. opublikował książki informacyjne o Polsce: „Legends and History of Poland” (London 1943), „Poland” (London 1944, z przedmową S. Grabskiego).

Od jesieni 1943 r. L. prowadził wykłady z zakresu literatury polskiej na Uniwersytecie St. Andrews w Szkocji i był kierownikiem wydziału polskiego (Head of Publish Departament).

W jesieni 1945 r. L. powrócił na stałe do Polski. Współpracował z Agencją Publicystyczno-Informacyjną (API, w l. 1948-1961), a następnie pracował 

w Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej „Prasa” (1951-1953).

Publikacje powojenne: m.in. książka „Między Watykanem a Polską” (1949), utwory o Koperniku: „Gwiazdy nad Warmią (1956), „De Revolutionibus” (1955) oraz powieści zawierające elementy autobiograficzne: „Drogi bezdomnych. Francja 1939-1940” (1958), „Kurs na Gibraltar” (1960). W 1962 r. wydał przekład „Dialogu o dwóch najważniejszych układach świata” Galileusza (Galileo Galilei).  W roku 1965 obchodził w warszawskiej siedzibie Związku Literatów Polskich jubileusz sześćdziesięciolecia działalności pisarskiej.

            Zmarł nagle na serce 6 V 1966 w Warszawie, gdzie został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim. Nie zostawił potomstwa. Pośmiertnie opublikowano jego wspomnienia pt. „Dialog z przeszłością”, który – jako źródło biograficzne i historyczne – w wielu punktach, zwłaszcza w hierarchii i ocenie faktów, jest niewiarygodny i wyolbrzymiający polityczną rolę autora.

W archiwum L., będącym w posiadaniu Marii Laskowskiej* w Warszawie, znajdują się maszynopisy nieogłoszonych utworów, m.in. tom wierszy z czasów drugiej wojny, pt. „Melodie szkockie”, utwory dramatyczne „My u Makbeta” i „Woła pięć kontynentów” oraz opowiadania.

* Po śmierci Marii Laskowskiej spadek po Edwardzie Ligockim przejęli jej krewni.

   Losy bogatego archiwum pisarza nie są znane.

 

Fragment z książki E. Ligockiego „Dialog z przeszłością”:

(śmierć Narutowicza, gen. J. Haller, wujostwo Ostrowscy – Oktawia z domu Korwin-Piotrowska

(córka Wincentego – vide „Genealogia potomków Franciszka Korwin-Piotrowskiego”)

i Ignacy Ostrowski, Relikwiarzyk – rodzinna pamiątka przekazana gen. J. Hallerowi)

 

„Od strony Krakowskiego Przedmieścia zbliżał się czwórkami oddział kawalerii – obnażone szable ostrzami w górę, wsparte o lędźwie. Na jego czele, samotny, również z obnażoną szablą pułkownik, kto – nie mogłem rozpoznać. Ruch na chodnikach zamarł zupełnie. Głucho szczękały tylko podkowy o drewnianą kostkę ulicy. Za oddziałem otwarty pojazd. Szukałem twarzy pre­zydenta, tak dobrze mi znanej, nie mogąc jeszcze skojarzyć tego człowieka ze śmiercią. Nie pamiętam już dziś szczegółów, chyba nikt inny nie jechał z nim razem. Wszyscy pozdejmowali czapki. Przejechali stępa, za nimi drugi półszwadron kawalerii. Długo stałem na chodniku i patrzyłem na oddalający się pochód żałob­ny, nim poszedłem dalej.

    - No i zamordowali człowieka... – dotarły do mnie słowa jakiegoś mężczyzny.

    Myśl przeszła: istotnie, nie była to dla mnie tylko śmierć pre­zydenta, węzeł politycznych powikłań – ale śmierć bliskiego człowieka. I zdałem sobie sprawę, że do Hallera iść jeszcze nie mogę, za świeże to wszystko. Na pewno jest u niego cały tłum ludzi, swoich i obcych. Będą dyskutować, analizować, komento­wać, ale wszystko od strony nagłego vacuum na stanowisku, o które tak niedawno rozgrywała się zawzięta walka.

    Zmieniłem zamiar. Już dawno należała się wizyta wujostwu Ostrowskim.

    Wiedzieli już o wszystkim. Nie zadawali zbędnych pytań.

    - Może to pozornie błahe, ale powiem wujowi, co mnie naj­bardziej wzruszyło. Narutowicz, gdy został prezydentem, prosił syna, by z całej ogromnej fortuny, tam w jego drugiej ojczyźnie, w Szwajcarii, przywiózł mu tu do Polski tylko krzak ulubionej róży rosnącej w jego ogrodzie. Chciał go sobie zasadzić pod ok­nem Pałacyku Myśliwieckiego. Tylko krzak róży, nic więcej...

    Wieczorem szedłem od Politechniki pieszo przez Piękną. Rzeźwiło ostre, zimowe powietrze. Skręciłem w aleje Ujazdowskie. Ani żywego ducha. Jeszcze kilkadziesiąt kroków dzieliło mnie od pałacyku Dziewulskich. Wtem od strony placu odezwał się tupot mnóstwa biegnących. W nikłym świetle latarni dojrzałem kilku­dziesięciu ludzi biegnących kłusa, kupą bezładną. Łopotała jakaś płachta na drzewcu, podskakująca w rytm biegu. Mignęła mi na niej trupia czaszka nad piszczelami. Byłem już przy bramie, dzwoniłem, gdy nadbiegli, przebiegli obu chodnikami, ulicą, z im­petem. Któryś  z biegnących chodnikiem zrzucił mi kijem kape­lusz z głowy:

    - Zdjąłbyś to przed sztandarem!

    Byli już o paręset kroków, gdy rozglądając się wkoło wyszedł z wnętrza domu dozorca i bramę otworzył.

    Opowiedziałem generałowi, co przed chwilą działo się na ulicy.

    - Mam do pana generała prośbę - powiedziałem. - Pan generał nie może nocować dziś

    w swoim mieszkaniu.

    - Co, ja nie mogę? Biegła kupa gawiedzi i z tego powodu ja mam spać w obcym łóżku?

    Dość tego gadania.

    Zauważyłem, że jednak był zdenerwowany, bo zaraz wstał i odszedł do innych pokoi.

Trzeba podjąć jeszcze jedną próbę przekonania generała - oświadczyłem kolegom. - Muszę pomówić z nim  w cztery oczy.

    - Masz jakieś argumenty? - spytał Jeziorański.

    - Coś mi się roi. Jest akurat dziewiąta. Każ, Tadziu, Moliko­wi zaraz podać krople dla generała. Gdy jak zwykle położy się na parę minut, wtedy z nim porozmawiam.

    Sierżant zaniósł tacę ze szklanką z odliczonymi kroplami.

    Gdy usłyszeliśmy chrzęst materaca pod ciężarem kładącego się ciała, poszedłem cicho, na palcach, do sypialni. Światło było przyćmione, lampa gdzieś w kącie.

    Ukląkłem przy tapczanie. Generał spojrzał na mnie - ten ruch go rozbroił. Liczyłem właśnie na jego religijne tęsknoty. Nie opuszczały go nigdy.

    - Może pan generał spojrzy na tę relikwię - podałem mu niewielkie, czarne, osiemnastowieczne puzderko, które miałem w kieszeni.

    Otworzył, spojrzał na srebrną, ażurową koronkę weneckiej ro­boty, wypukłe szkiełko, zawierające dwa drobne ułamki kości, nie większe od ziarenka gryki.

    - Co to jest?

    - Pamiątka rodzinna. Był taki pradziad, podkomorzy Franciszek Korwin-Piotrowski, zawzięty stronnik Leszczyńskiego i Karola XII, zabijaka, rebeliant. Pełno go było, gdy mógł karku nastawić. Zawędrował     z Karolem aż pod Połtawę, a tam ledwie ży­wego dojrzano go na pobojowisku i Szwedzi go do Polski dowieź­li. Dobrnął wreszcie do swoich Miłaszyszek na Kowieńszczyźnie, i tam rok czy dwa trwał między życiem a śmiercią. Jeszcze koło Połtawy, kiedy go coś ocknęło, złożył ślub: jeżeli wyjdzie cało, odbędzie pielgrzymkę do grobu swego patrona, świętego Fran­ciszka z Asyżu. Udało mu się ten ślub wypełnić dzięki żonie. Przywiózł tę relikwię z Asyżu i jakimś cudem zachowała się. Dała mi ją ciotka Ostrowska podczas odwrotu z Kijowa mówiąc, że jestem jedynym w rodzinie z mojego pokolenia w wojsku. Ka­zała mi ją nosić, mam ją odtąd przy sobie.

    Generał wyjął relikwiarzyk z puzderka, obejrzał, przycisnął wypukłe szkiełko do ust.

    Mówiłem dalej.

    - Mógłbym przekazać tę relikwię panu generałowi. Nie mam syna, ciągłość na mnie się

    kończy. Eryk jeszcze za młody, ale kiedyś się ożeni, da wnuka panu generałowi.

    - Czego ty chcesz ode mnie?

    - Chcę prosić, żeby pan generał spędził ze mną tę noc u państwa Krywultów na

    Kredytowej.

    Patrzyliśmy sobie w oczy dość długo.

    - Zgoda - zdecydował generał. - Jedźmy.

    Trzymał wciąż w ręku puzderko, jakby nie chciał się z nim rozstać.

    - Ten relikwiarzyk należy do rodziny Hallerów.

    - Nie klęcz dłużej, siądź tu koło mnie.

    Czytałem w jego twarzy, że coś się jakby w nim przełamało. Ani śladu twardego, żołnierskiego spojrzenia, którym uderzył, gdy go przed półgodziną o spędzenie nocy poza domem prosiłem.

   Wyszliśmy do salonu.

    U generała w domu nie mieliśmy zwyczaju podrywania się z miejsc, gdy nasz przełożony wychodził czy wchodził. Tym

 ra­zem wszyscy stali niemalże na baczność.

    Generał się uśmiechnął, nie mówił nic.

    Poszło dwóch szukać taksówki. Trochę to trwało, ale wreszcie znaleźli.

    Na ulicy było pusto. Koło Marszałkowskiej widać było paru przechodniów. Na skrzyżowaniu alei tłum, w tę   i w tamtą stronę idący. Trzeba było puścić w ruch klakson. Byliśmy zaniepokoje­ni. Kto wie, co z tego tłumu wytryśnie? Z przeciwnej strony jechały też jakieś samochody i tam zagrały klaksony. Dało się wreszcie przejechać. Dalej, aż do Świętokrzyskiej, znów pusto.

    Państwo Krywultowie, uprzedzeni telefonicznie, czekali. Po­dano herbatę w salonie.

    Z sąsiedniego pokoju odezwał się telefon. Pani Krywultowa uchyliła drzwi.

    - Jakiś pan dzwoni. Nie powiedział nazwiska. Prosi jednego z gości do telefonu.

    Na drugim końcu linii był Furuhjelm. Poznałem jego głos. Wiedział, że podsłuch może działać, i nie chciał, by ktoś mógł się zorientować, gdzie nocuje generał.

    - Stary, to ty?

    - Nie poznajesz po głosie?

    - Dobrze, już wiem. Więc słuchaj, powiedz komu należy. O Władziu mowa.

    - O tym z pierwszego piętra, gdy ja mieszkałem na drugim?

    - Tak. Dostał godzinę temu posadę, lepszej w ogóle nie ma w tej branży. Ordynator kliniki, a oprócz tego od chorób we­wnętrznych, dwie funkcje.

    - Rozumiem. Mam powtórzyć wujowi?

    - Oczywiście. Dobranoc.

    Generał zaczął już drzemać.

    - Mam dla pana generała wiadomość. Sikorski został premie­rem i ministrem spraw wewnętrznych.”

 

* * *

 

Ligocki medalion 5

 

Edward Ligocki – medalion (pamiątka rodzinna)

 

 

 

 „Pieśń ułańska”, do której autorem słów był Edward Ligocki

http://www.bibliotekapiosenki.pl/Ligocki_Edward

 

Pieśń ułańska

 

Tryumfatorzy, krwią czerwoni,

idziemy w mgłę poleskich dróg ―

Ułańskiej naszej dano broni

zarzewie wojny nieść za Bug!

Spod Białołęki, spod Grochowa

ułański oddział idzie nasz

i leci nasza pieśń bojowa,

i dzwoni w trąby przednia straż.

Sto słońc w źrenicach nam się pali,

toczy się żywych piersi wał ―

Któż by się oparł rwącej fali!

Sam Książę Józef rozkaz dał!

Piosnka ułańska, tętent koni

- bodaj nas Książę widzieć mógł!

Strzemię o strzemię w marszu dzwoni.

Szczęśliwe bitwy daj nam Bóg!

Niech na mogiłach bluszcz się plecie

i niechaj ginie próżny żal!

Znów polski ułan na widecie

i znów się błyszczy w słońcu stal!

Tryumfatorzy, krwią czerwoni,

idziemy w mgłę poleskich dróg ―

Ułańskiej naszej dano broni

zarzewie wojny nieść za Bug!

Kto naszej szarży pęd odeprze?

Kto złamie piersi naszych wał?

„Napójcie konie wasze w Dnieprze!” ―

Sam Książę Józef rozkaz dał!

Za Ostrołękę! Za rzeź Pragi,

za naszych ojców rodną cześć!

Miecz w naszym ręku błyszczy nagi ―

za Bug idziemy wojnę nieść!

                 * * *

 

            Na opublikowanej przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego liście dóbr kultury narodowej, utraconych podzas II wojny światowj, znajduje się nadal poszukiwany portret Edwarda Ligockiego, dzieło artysty rzeźbiarza Edwarda Haupta (1893-1970), wykonane w brązie, przed 1923 rokiem. 

http://kolekcje.mkidn.gov.pl/inc/img/img2_11284_0.jpg

 

http://kolekcje.mkidn.gov.pl/inc/img/img2_11284_0.jpg

 

* * *

 

 

 

Fragmenty poematu „Złota chorągiew”:

 

CZłota chorągiew 18.jpg

 

* * *

1Złota chorągiew 35

 

                             * * *

 

        000Złota chorągiew 137

       0Złota chorągiew 138

       00Złota chorągiew 138

     0000Złota chorągiew 138

 

Edward Ligocki w opisach współczesnych mu osób:

• We wspomnieniach Szczęsnego Rutkowskiego o artyście Tadeuszu Pruszkowskim,

cyt. za: http://portret.tworze.com/pruszkowski-01.php 

 „Gdzieś w roku 1908 czy 1909 Edward Ligocki założył Klub Rojalistów wśród licznej wówczas w Paryżu polskiej młodzieży artystycznej. Kornel Makuszyński był prezesem, Wieniawa Długoszowski wiceprezesem, Ligocki sekretarzem, członkami założycielami Eugeniusz Morawski, Korab-Kucharski, Wacław Borowski, Stanisław Rzecki, Tadeusz Pruszkowski, kilkunastu innych młodych lechitów.

Zbieraliśmy się co tydzień w Café de Versaille na Montparnasie. Kompania była zacna. Wypiliśmy dużo wina za zdrowie Króla. Jak dotąd, jeszcześmy Go

w Polsce na tronie nie osadzili, ale w razie czego, należą nam się, jako pierwszym rojalistom, tytuły Diuków i Markizów, powiaty w lenno...”

* * *

• W artykule Aleksandra Ziemnego o pracy w tygodniku „Świat”,

 cyt.za: „Rzeczpospolita” 14-15. 01. 2006; online: http://www.lucjanwolanowski.com/

 

 „jeszcze większa różnica wieku dzieliła mnie od drugiego przyjaciela: Edwarda Ligockiego. Zbliżał się do siedemdziesiątki. Jeżeli API (Agencja Prasowo-Informacyjna) była w całości dziwactwem, to pan Ligocki był tego najświetniejszym przykładem.

Pierwszą wojnę przebył częściowo w schronach i okopach frontu zachodniego. - Napisał - przerywa mi Arski - sławną kiedyś powieść „Nad Sambrą i Mozą”. - Potem zmieniały się, jedna po drugiej jego zagrody polityczne: obóz Piłsudskiego, endecja, wreszcie sikorszczycy. Wszędzie tam uprawiał namiętną publicystykę.

Druga wojna to już okres wielkich, a przecież tak niedocenianych ambicji politycznych.

I naukowych! Tak. Bo Edward Ligocki (którego z wyrazami czci tytułowaliśmy profesorem) zostaje wykładowcą Polskiego Uniwersytetu St. Andrews w Szkocji. Z biegiem lat narastają w tym człowieku dwie przeciwstawne skłonności, może pasje: gorąca religijność katolicka i awersja do Watykanu. Myślę, że ta druga cecha była powodem zaangażowania profesora na etat w naszej agencji. Jego prywatne archiwum pełne było opisów strasznych nikczemności: jak to papież Urban Któryś pastwił się nad swoimi dworakami; co ukradł i kogo gwałcił Cezar Borgia... Napisawszy 2-3 demaskatorskie stroniczki, pan Edward spieszył do swej młodej żony w Gołąbkach pod Warszawą. I oboje, dwa razy dziennie, udawali się na mszę do miejscowego kościoła.

Któregoś redakcyjnego dnia pan Ligocki, z palcem na ustach, wprowadził mnie do pustego akurat pokoju i wyjął z solidnej brytyjskiej teczki dwa przepięknie, po mistrzowsku oprawione tomy. Ciemnobordowe, ze złotymi tłoczeniami. - Nie na wynos, tutaj przy biurku musi pan to czytać. Niech pan przyjmie mój gest w dowód przyjaźni i zaufania...

Co to było? Ni mniej ni więcej, tylko 15 i 14 księga „Pana Tadeusza”, pióra Edwarda Ligockiego. Raziło go, że poemat kończy się jakoś nijako, co tu gadać, pijackimi okrzykami na cześć Podkomorzego, Zosi i Tadeusza. Jak gdyby wieszcz zaprzeczał własnym słowom:

„I ja tam z gośćmi byłem...”

Krótko mówiąc, kilka prywatnych historii miało u pana Ligockiego ciąg dalszy. Tyle pamiętam, że napisane były kunsztownym trzynastozgłoskowcem”.

 

 

                Tytuł wspomnianego powyżej poematu to „Złota Chorągiew. «Pana Tadeusza» część druga 1830-1837”.       

                                                                                                                                                                   

            W utworze tym  Pan Tadeusz (Soplica) – po raz kolejny wpada w „wir historii” – bierze udział w organizowaniu powstania listopadowego, po jego klęsce zostaje zesłany do „szatańskiej stolicy”, „żywego piekła”, czyli na katorgę w okolicę Nerczyńska.

Jego towarzyszem, od wyjazdu z Soplicowa do zesłania, jest Komandor Piotrowski, właściciel Miłaszyszek (patrz: Genealogia potomków Franciszka).

 

* * *

„Dialog z przyszłością”

Fragment z książki Edwarda Ligockiego –

 

Urodziłem się ponoć pod dobrą wróżbą - przypadek zrządził, że światło dzienne ujrzałem nie  w sypialni mej matki, ale w du­żym salonie, pod wielką kopią obrazu Davida, przedstawiającą Napoleona na siwym koniu. Marzec tego roku był zimny, chodziło o najcieplejszy kąt w całym domu. Stare ciotki wywnioskowały z tego zdarzenia, że niewątpliwie czeka na mnie nie kurtka pow­stańcza, lecz prawdziwy polski mundur wojskowy. W tym, a nie innym kierunku szły wszystkie tęsknoty, marzenia. „Pradziad Andrzęj - powtarzano mi wciąż w dzieciństwie - zawędrował w czasach napoleońskich do dalekiej Hiszpanii; w powstaniu listo­padowym chwycił znowu za broń. I ty do wskrzeszenia Polski rękę przyłożysz, w pierwszej chwili twojego życia Napoleon z obrazu patrzył na ciebie.”

Najdawniejszym moim wspomnieniem jest spory klomb różo­wych tulipanów wyższych ode mnie, bo trzeba było je zginać, by zajrzeć w kielich, skąd wniosek, że liczyłem wówczas trzeci czy czwarty rok życia. Pamiętam również, że kręcił się po gazonie towarzysz moich zabaw, Żółton, pies gumiennego, również wyższy ode mnie. Nie dostrzegałem jeszcze rzeczy codziennych, później dopiero nabrały one wyrazu, utrwaliła się w oczach rama dzieciń­stwa: spory dom o ścianach bielonych, weranda, cztery kolumny - dziś wiem, że kształtem jońskim w drzewie ciosane - świerk wy­zierający zza dachu, park zarośnięty poszyciem jako jego straż przednia - ogromna lipa   o fantastycznych naroślach pnia i rozłożystych, sięgających daleko konarach, zwykłe miejsce mych zabaw letnich. Zimy bezlistne jakoś mi się zatarły w pamięci.

Kiedy nastawały ciepłe wieczory, ojciec zabierał mnie na ulu­biony swój spacer - przez ciemne aleje do ławki stojącej na skraju ogrodu, skąd widok sięgał daleko. Zdarzyła się kiedyś rzecz dziwna - głębię ciemnego nieba rozdarła nagle jaskrawa, złoto-błękitna smuga i na chwilę zrobiło się jasno jak w dzień. Musia­łem wtedy być trochę starszy, ojciec mi coś na pewno tłumaczył, bo wiem, że zostały mi odtąd  w pamięci słowo meteor i nazwisko Kopernik.

Tak się złożyło, że w pięćdziesiąt lat później zająłem się życiem wielkiego Mikołaja i pisałem  o nim dość dużo, zawsze mając wra­żenie, że nigdy nie był mi obcy.

Uczono mnie chodzić na starym, nikomu niepotrzebnym bilar­dzie w leżącym na uboczu pokoju. Dotąd mi się wydaje, że był to mebel największy na świecie. Nie pamiętam, czy wisiały tam jakieś obrazy, widzę natomiast, do najdrobniejszych szczegółów, salon przyległy o jasnozielonych, błyszczących, stiukowych ścia­nach - gdzie tak rzadko, raz na rok, odbywał się ceremoniał choinki.

Pan Bogdan Meleniewski, przyjaciel ojca, powstaniec, sybirak, miał ze dwa metry wzrostu, brał mnie na ramiona i obnosił wo­koło, bym mógł parę razy dotknąć srebrzystej gwiazdy, umiesz­czonej na szczycie.  Coś upajającego było w tych chwilach - pa­trzyłem z góry, całe otoczenie stawało się inne, nawet Napoleon

z obrazu spoglądał wzrokiem mniej władczym.

Nie miałem rówieśników, oddzielano mnie wyraźnie od dzieci wiejskich. Dziś wiem, że postępowano tak wyłącznie z dbałości o czystość języka; zauważyłem zresztą za czasów szkolnych, że w mowie moich kolegów pełno było ukrainizmów, rusycyzmów i naleciałości gwary lokalnej.

Kiedy trochę podrosłem, zjawiła się w domu starsza już zasu­szona panna, emigrancka wnuczka z Paryża, mademoiselle Hélène Osińska, bardzo mało mówiąca po polsku i popisująca się niechęt­nie swoim nieporadnym akcentem. Odtąd celowo przeważał w do­mu język francuski; trwało to parę lat i z francuszczyzną nie miałem już nigdy trudności. Dziadek panny dobrze znał  Mickiewicza, Słowackiego, Chopina. Opowiadania  jej były barwne, choć z drugiej ręki.    

Wspominam tu trzy jeszcze nazwiska moich nauczycieli: pierwszą była panna Maria Matkowska, młoda maturzystka z Kielc, która później wychowywała dobrze zapowiadającego się jeszcze  w latach dziecinnych muzyka Belinę-Skupiewskiego i jego rodzeństwo w Kijowie.

Weszło w obyczaj, że młodzi, niezamożni studenci, przygotowujący się do dyplomów, na rok-dwa wyjeżdżali na wieś, „na kondycję”, do domów polskich. Nabierali sił, ciułali trochę grosza. Było kolejno ich dwóch w naszym domu - Stanisław Gliński, bratanek znanego w tych czasach powieściopisarza Kazimierza,

i Wiktor Warzański, późniejszy dyrektor gimnazjum polskiego  w Winnicy, poległy gdzieś podczas pierwszej burzy dziejowej razem z kolegą moim Stasiem Trentowskim.

Pedagogów tego typu bardzo ceniono, zamawiano ich zawczasu, zbierano referencje. Pierwszym warunkiem, była bezbłędna polszczyzna, a studia uniwersyteckie tych młodych stanowiły dostateczną gwarancję poziomu ich wykształcenia. Oddawano ich sobie z domu do domu - Wiktor Warzański wychowywał później młode pokolenie Giżyckich, brat jego, Albert, guwernerował  w polskim domu o rosyjskim nazwisku Jurowów. Mieli oni po babce, Zaleskiej z domu, majątek Małe Jerczyki, w którym ongi wychowywał się Bohdan Zaleski. Był tam jeszcze stary, nie zamieszkany dworek, owiany szczególniejszą legendą – z daszku nad gankiem  mały wówczas Bohdan próbował swych sił jako Ikar z improwizowanymi skrzydłami u ramion i potłukł się boleśnie.

Owi wędrowni studenci, nauczyciele domowi, stanowili pewną sieć kulturalną, stawali się łącznikami między jednym dworem a drugim, usiłowali wywierać wpływ, starali się, by ich uczniowie poznawali się wzajem. Niejedną przyjaźń zawdzięczam, tej właśnie wymianie nauczycieli i kojarzonym przez nich kontaktom

z domami, które się przedtem nie znały. Powstawały w ten sposób pierwsze koleżeńskie zbliżenia, przed szkołą średnią i wyższą. Sami studenci czasem marnowali się w łatwym życiu po dworach.

Gliński, wieczny student, jak nazywano tych, którzy nie umieli przysiedzieć fałdów i przerzucali się z wydziału na wydział, oka­zał się później dziwakiem

i wykolejeńcem. Już jako słuchacz Sor­bony odwiedziłem go kiedyś w Kijowie. Przez dłuższy czas czytał mi apokryficzne listy Tołstoja, pisane rzekomo do niego. Nie inte­resowało go już ani prawo, ani przyroda: tworzył z uporem mania­ka jakiś mętny system filozofii moralnej - i przepadł gdzieś wreszcie w zawierusze wojennej.

Kurs pierwszych klas gimnazjalnych przechodziłem w domu; rodzice moi postanowili oddać mnie jak najpóźniej do szkół. Uwa­żany był wówczas za koszmar obowiązujący podręcznik Iłowajskiego, carosławnego pseudohistoryka, deformujący w sposób dotkliwy aspekt stosunków polsko-rosyjskich, toteż kładziono w domu szcze­gólniejszy nacisk na historię Polski, chcąc mnie uodpornić na nie­pożądane wtręty i chwyty w naświetlaniu przeszłości.

Od wczesnego dzieciństwa zaczęło się również moje wychowanie muzyczne. Matka odznaczała się w tej dziedzinie istnym anty­talentem, nie miała słuchu, nie mogła powtórzyć nawet najprost­szej melodii. Stary, chyba o dwa metry dłuższy od używanych obecnie fortepian stał w bilardowym pokoju. Nikt nie intereso­wał się tym instrumentem. Dawał czasami znak życia, gdy pękały mu struny.

Ojciec grał dobrze na skrzypcach i miał miły głos tenorowy z odcieniem lirycznym. Gdy był w dobrym humorze, powtarzał chętnie niektóre arie z mnóstwa oper, których nasłuchał się w ży­ciu - z każdej sposobności korzystał, by poszerzyć swoje doświad­czenie muzyczne. Słuch miałem widocznie po ojcu   i grała tu może kropla krwi włoskiej przez pokolenia idąca, dość, że zaczęto się rozglądać, kto mógłby udzielać mi lekcji. O fortepianie nawet mowy nie było - znalazł się natomiast w pobliżu starszy już Żyd Szajlok, który grywał swojego czasu w jakiejś operowej orkiestrze. Dwa razy na tydzień Szajlok zjawiał się w domu i usiłował swój kunszt przelać na mnie. Miał siwiejącą już brodę, przychodził na lekcje w swoim szabasowym, jedwabnym chałacie, starannie odprasowanym. Gdy się trochę poduczyłem, przerabiał ze mną teksty i grywaliśmy różne tria skrzypcowe, doszliśmy wreszcie do utworów Mozarta. Stary Szajlok grał pierwsze skrzyp­ce, ojciec drugie, ja trzecie. Mój nauczyciel delektował się tą mu­zyką:

- Aj, aj - zachwycał się - to był majster, ten Mozart!

      Zwykle, gdy kończyliśmy dane rondo, Szajlok powtarzał solo kilka celniejszych fragmentów, odkładał skrzypce, siadał na krze­sełku zmęczony i nucił jeszcze półgłosem, z wyrazem upojnej błogości na twarzy.

Wrażliwy był na wiersze. Ojciec przeczytał mu kiedyś fragment o Jankielu z „Pana Tadeusza”. Cmokał z przejęciem, gładził się po brodzie, ucho ręką przyginał,

 by nie uronić żadnego słowa. Sam po polsku czytać nie umiał.

Po paru latach, gdy Szajloka zaczęły gnębić reumatyzmy i cho­dzić nie mógł, miejsce jego zajął młody, przedziwnie zdolny, zmarnowany wirtuoz, syn buchaltera

z jednego z okolicznych ma­jątków, Romuald Wyszkowski. Wątłe zdrowie nie pozwalało mu żyć w mieście ani regularnie pracować  w orkiestrze. Był naprawdę niezwykle utalentowany, Paganiniego i Tartiniego grał bez zarzu­tu. Pan Romuald zdawał sobie sprawę, że talent jego idzie na marne; miał ciężkie życie i tylko

w muzyce znajdował jakąś po­ciechę.

Spotykało się w czasach mego dzieciństwa różnych ludzi, którzy rozminęli się z losem. Oto zajechał kiedyś przed ganek oryginalny pojazd: duży, drabiniasty wóz, zaprzężony w jednego rosłego i nie­źle utrzymanego konia. Mnóstwo gratów leżało na wozie, wszyst­ko to okryte sporym brezentem. Z przodu, bokiem na drabinie, siedział woźnica w sukmanie, z lejcami w ręku, a na wybrzusze­niu ładunku, wysoko, starszy mężczyzna z siwiejącą brodą, w oku­larach, dość schludnie odziany, pod wielkim czerwonym parasolem. Powiedział, że nazywa się Sierakowski i chciał widzieć się z ojcem.

Słyszało się już o nim coś niecoś, ojciec kazał go prosić. Bardzo dobrze był wychowany, mówił dobrą polszczyzną, wtrącał cza­sem zdania francuskie. Oświadczył ojcu, że po różnych kolejach losu i stracie własnego domu postanowił wszcząć żywot koczow­niczy, na wpół osiadły (miał trochę grosza i nie chciał być nikomu ciężarem), mieszkać gdzie się da, byle na wsi - pół roku, rok,  a potem jechać dalej przed siebie, z wiernym Hryćkiem i z całym swoim dobytkiem, składającym się

z biblioteki i koniecznych na tym świecie rupieci. Dowiedział się, że ojciec ma opuszczoną, na wpół zrujnowaną gajówkę, gdzie jedna izba była jeszcze w zupeł­nie dobrym stanie, a piec Hryćko naprawi, bo ma złote ręce. Nic nie chce, prócz pozwolenia zamieszkania w gajówce przez rok oraz zgody, by Hryćko chrust zbierał w lesie na opał a koń pasł się,  gdy jest trawa w pobliżu. Dodał, że jest człowiekiem spokoj­nym i nigdy nikt z tych, którzy go u siebie gościli, nie uskarżał się na nic.

Byłem jeszcze mały i niewiele z tego wszystkiego pamiętam, prócz dziwnej zjawy przybysza siedzącego pod czerwonym para­solem na wozie. Wiem, że pan Sierakowski rok czy półtora siedział w gajówce, nim go gdzieś dalej poniosło. Czytał tylko i pisał. „Nie przelewało się u niego, ale własnym kosztem wydrukował niewiel­ką książkę  o zgubnych nałogach samotnych mężczyzn i zadedy­kował ją - nie wiadomo dlaczego - starszej damie z sąsiedztwa, Jadwidze hr. Rzewuskiej, wdowie po generale Adamie Rzewus­kim. Bardzo była urażona zestawieniem nazwiska jej    z nałogami, których jako żywo mieć nie mogła. Książeczka była dziwaczna, w siedmiu językach: po łacinie, po polsku, po francusku, po ro­syjsku, po niemiecku, po angielsku i po hebrajsku. Sześć pierw­szych tekstów wysmażył sam pan Sierakowski, niezły, jak się okazało, lingwista, a na hebrajski przełożył rozprawę znajomy rabin. Inną oryginalność książeczki stanowiły kolory papieru, każ­dy  z różnojęzycznych tekstów na innym.

Pan Sierakowski naprawdę nie zawadzał nikomu. Spotkany gdzieś na przechadzce, na ścieżkach leśnych, nie wdawał się nigdy pierwszy w rozmowę, chyba, by podziękować za furę siana  czy chrustu, które ojciec mu czasami posyłał. Bardzo był oczytany, prowadził życie samotne, stronił od ludzi. Wspomniał kiedyś, że ma na Pomorzu bardzo zamożnych krewnych, ale nawet ich nie znał, a gdyby znał, toby sprawy nie zmieniło, nie nadawał się na rezydenta. Pewnego pięknego dnia przyszedł się pożegnać,  po­dziękował i odjechał w nieznane.

Erudyta innego typu znający tylko cztery języki, wykolejeniec zupełny, włóczył się z kijkiem od dworu do dworu, ale nie przyj­mowano go nigdzie - był nałogowym alkoholikiem i tylko prosił o wsparcie. System jego żebraniny był dość niezwykły - pisywał wiersze po polsku i po francusku, kształcił się kiedyś na Sorbonie paryskiej. Posyłał zwykle przez kogoś ze służby swe epistoły do gospodarzy domu i czekał w izbie czeladnej.  Szczątki jednego z tych wierszy pamiętam - mowa tam była o strzelistych kolum­nach,  a później:

...chętnie bym piersi moje przybrał w kamizelkę,

a resztę ciała w niedziurawe portki.

Dostał jakieś ubranie i poszedł. Nazajutrz, gdy ojciec jechał przez wieś na folwark, zaczepił go znajomy Żyd, faktor od wszy­stkiego.

- Dobry jeszcze garnitur dał pan temu Obuchowi. I pidżak nie przetarty na łokciach, i pantalony w porządku.  Kupiłem za kilka rubli. On jeszcze wczoraj przepił wszystko od razu...

Ów Obuch-Woszczatyński miał kiedyś ładny majątek ziemski. Brat jego swoją część schedy zachował    i siedział spokojnie na wsi, a bliskie pokrewieństwo z „ukraińskim Verlaine’em” uważał za pozycję wstydliwą, chociaż ktoś mówił,  że czasami i niezłe wiersze wychodziły spod pióra włóczęgi.

Sporo spotykało się innych, będących dopiero na drodze do po­dobnego niedowładu ambicji i woli, tak zwanych bałagułów. włó­czących się po jarmarkach, pijących sporo, grających w karty z przygodnie spotkanymi partnerami,  szulerami przeważnie. W ję­zyku bardziej współczesnym określiłoby się ich jako „drobnoziemiańskich chuliganów”. Topniały fortunki, wystawiano na licy­tację nie sprzedane jeszcze morgi, wykolejeńcy zaczynali wędrów­kę od dworu do dworu szukając „funkcji ekonomicznej”, to jest po prostu posady ekonomskiej. Rzecz charakterystyczna: nie ciąg­nęło tych bałagułów do większych miast, wystarczały im jarmarki w Jarmolińcach czy innych zakazanych dziurach głębokiej pro­wincji.

Szachownica bogactwa i ubóstwa biła w oczy. Obok ogromnych fortun kryła się bezradna, uparta, a czasem   i wstydliwa, z winy własnej czy cudzej krzewiąca się nędza.

Sanguszko miał trzysta wsi na Wołyniu i kilkanaście cukrowni, Braniccy z Białej Cerkwi sto z czymś wsi   i kilka miasteczek, inny Branicki czterdzieści wsi. Żadne ubezpieczenia społeczne nie istniały, ktoś, kto przestawał pracować, a nie zdołał zbić trochę gro­sza, wegetował lub ginął. W oficynach przy zamożniejszych dwo­rach widywało się rezydentów, na „łaskawym chlebie” siedzących. Nie wiadomo było czasami, co robić z ludźmi, okazywali się pocz­ciwi, ale zupełnie do niczego. Przyszedł kiedyś taki do ojca i prosił o „obowiązek”, zgadzał się na wstępny egzamin. Wziął pióro  i na­pisał:

Próba pióra, kałamarza,

Atramentu i pisarza.

Okazało się później, że były to jedyne słowa, które umiał pisać ortograficznie. Trzeba było w końcu zdegradować go z pomocnika rządcy na gumiennego, ale i tu coś nie szło. Mylił się w rachun­kach, ilość worków karbował na kiju kozikiem. I co można było z nim zrobić?

Czasami, gdy ktoś szanowany po latach nieurodzaju uwikłał się w długi, zbierało się kilkunastu sąsiadów, ratowało kredytem. Cho­dziło zwłaszcza o niewypuszczanie ziemi z rąk polskich - bo według ustawy, gdy nabywcą był prawosławny czy luteranin, Po­lak nie mógł później odkupić tej ziemi i już na zawsze uszczuplał się polski stan posiadania. Ratowano się czasem długoletnią dzier­żawą, dopuszczane były przez prawo fantastyczne terminy, do dziewięćdziesięciu dziewięciu lat włącznie. Dzierżawa, w tych wa­runkach, zwłaszcza gdy czynsz ustalony został przed laty, według stawek jeszcze nie wygórowanych, korzystniejsza bywała niż kup­no ziemi na własność. Mój ojciec też skusił się na taki stan rzeczy, nudziło go gospodarowanie na niewielkim areale, wydzierżawił Jadwigopol, dwa folwarki z wierzchowieńskiego klucza Rzewus­kich, parę jeszcze w pobliżu i na czterech tysiącach hektarów do­piero poczuł się dobrze, a wcale to na dobre nie wyszło. Przyszły lata nieurodzajne, ceny katastrofalnie spadły, zadłużenie wzrasta­ło. Próbowała go zrazu ratować moja babka, mająca dość duży kapitał w bankach i w akcjach, ale gdy już straciła sporą część tego, co miała, zacisnęła sznurki swojego worka i nie chciała sły­szeć o dalszym, beznadziejnym, jej zdaniem, topieniu pieniędzy. Doradcą babki był rodzony jej brat, Antoni Nagórny, ostatni pre­zes Banku Polskiego w Warszawie, redaktor i założyciel „Ekono­misty”’, uchodzący za wyrocznię wśród finansistów.

Borykanie się ojca, z różnymi trudnościami trwało jednakże kilkanaście lat - aż dobiły go ostatecznie lata 1905-1908. Za­częły się strajki wiejskie, tysiące kopców buraków zostały w polu, nie warto ich było przewozić do cukrowni, wozacy wiejscy żądali za przewóz więcej, niż wynosiła stawka sprzedażna.

-       Mówiłam synowi, póki był jeszcze czas - żaliła się babka - jedź do Warszawy, Antoni pomoże ci znaleźć coś odpowiedniego, ziemia tam tańsza, ze dwa tysiące morgów będziesz mógł kupić. Cóż, słuchać nie chciał.

Kończyłem już uniwersytet, gdy ojciec zdecydował się zlikwi­dować wszystko. Uratował niewiele, objął stanowisko dyrektora Syndykatu Rolniczego w Kijowie. Tak nazwano sporą kooperaty­wę ziemiańską, pośredniczącą w kupnie narzędzi rolniczych, na­sion, nawozów sztucznych - i w tym Syndykacie ojciec pracował do ostatnich dni życia.

Nie powiodło się również i wielkiemu finansiście, wujowi Anto­niemu Nagórnemu. Sprzedał najpierw cztery kożuchowieckie fol­warki na Podolu. Kupił coś dziesięć domów przy ulicy Królew­skiej w Warszawie, wybudował sobie pałacyk w Alejach (mieści się tam obecnie ambasada brytyjska). W jakiejś katastrofie gieł­dowej utonęły splendory rodziny. Jedyny syn_Antoniego, cioteczny brat ojca, Stanisław, uczeń Antoniego Rubinsteina, zapowiadający się świetnie pianista, załamał się

 w nieszczególnych warunkach - w dodatku teść jego, baron Zachert, przemysłowiec z Białegostoku, zbankrutował w tym samym czasie i młodzi znaleźli się niespodzie­wanie na lodzie. Wuj Stanisław zaczął pracować w dyrekcji Kolei Warszawsko -Wiedeńskiej; muzykę oczywiście   w sensie kariery artystycznej zaniedbał, grywał tylko wieczorami do późna na for­tepianie i na organach. W grze jego, poza oszałamiającą techniką, słyszało się coś szczególnego. Często myślałem o wuju Stanisławie, kiedy grał Paderewski. Coś jednak mieli wspólnego.

Ów Jadwigopol, który kosztował ojca tyle trudów i troski, leżał tuż pod Wierzchownią, związaną ze wspomnieniami o Balzaku. Starzy ludzie mówili, że „Chrancuz”, który ożenił się z panią Eweliną Hańską,  właścicielką  Wierzchowni,  dla przyzwoitości przed ślubem nie był gościem w pałacu, ale mieszkał właśnie za rzeką, w Jadwigopolu, w tym białym dworze w stylu stanisławowskim, na który się skusił mój ojciec i gdzie upłynęły moje późniejsze lata dziecinne i okres pierwszej młodości. Dom stał na górze, w rozległym parku łączącym się z lasem. Opowiadano na­wet bzdury wierutne, że Balzak sadził te wielkie lipy o pniach, których objąć nie mogło trzech ludzi i które na pewno jeszcze za Sobieskiego tam rosły. Bądź co bądź jednak snuła się w tym parku i w domu balzakowska legenda. Pamiątek po nim nie było - zostały  w renesansowym domu Rzewuskich, za rzeką.

Obok „wełykoho pałaca” (bo mały to był Jadwigopol) stała ka­plica w stylu pseudogotyckim, w której ścianę wmurowana była rzeźba Canovy - cztery główki chłopięce. Były to podobizny zmarłych synków Eweliny z Rzewuskich Hańskiej. W okresie kon­kurów Honoriuszowych z pięciorga dzieci została jej tylko do­rastająca córka.

Drugi syn generała Adama Rzewuskiego, brata pani Hańskiej, Adam, pozostał przy Wierzchowni; siedział przeważnie w Peters­burgu, próbował kariery wojskowej, ale jakoś mu nie szło. Pisał opowiadania myśliwskie, drukował. Ożenił się z Włoszką, Olimpią Boronat, sławną wówczas operową śpiewaczką. Głos miała rzeczy­wiście przedziwny. Słyszałem ją nieraz, ale najbardziej zdumieni byliśmy wszyscy pewnej nocy lipcowej.

Poświata księżycowa srebrzyła wszystko. Siedzieliśmy na we­randzie, cisza stała wokoło, żaden liść nie drgnął. Nagle ojciec przerwał rozmawiającym.

- Słuchajcie!

Głos szedł przestrzenią, koloratura wibrowała w powietrzu. Do przeciwległego wzgórza, za rzeką, lotem ptaka było ze dwa kilo­metry - a tu dochodziła każda nuta srebrzysta, każdy trel dźwię­czał. Artystka śpiewać musiała przy oknach otwartych, w jakimś innym pokoju niż zwykle - bo salon okrągły wychodził na pół­noc,  a tu w południową stronę szły fale dźwięków. Płynąć chyba musiał ów głos nad kopułami drzew rozrośniętych i gęstych, nad stawem leżącym w dolinie.

Coś podobnego słyszałem kiedyś późnym wieczorem w Wenecji. Takiego echa idącego nad parkiem, jak gdyby łukiem niewidzial­nej tęczy, nie zdarzyło mi się nigdy doświadczyć. Musiał to być fenomen, kaprys zefirów, odbicie od jakichś zagęszczeń nocnych nad nami - a nie było w tym śladu złudzenia. Głos wibrował

 i płynął, głos, który bym wśród stu innych rozpoznał.

Był wtedy z nami, nie wierzący własnym uszom, nasz rządca, pan Julian Mościcki. Był on postacią jakby z powieści Wilkońskiego wyciętą, rosły, barczysty, z sumiastymi wąsami - do złu­dzenia do Klemensa Junoszy podobny - a znało się dobrze tę twarz, reprodukowaną na okładkach Biblioteki Dzieł Wyboro­wych. Nie bawię się w żadne astrologiczne dedukcje, ale dość uderzający był fakt, że pan Julian urodził się tego samego dnia, co ojciec, 14 maja 1858 roku. Przywiązany był do ojca. jak nikt obcy nie bywał.

Po latach wspomniałem pana Juliana w mej książce „Zwid złego ducha”. Ignacy Paderewski po przeczytaniu tej powieści powie­dział mi:

-    Zrehabilitował pan nazwisko Mościckich.

Rządca Mościcki był jedynym człowiekiem, z którym ojciec po­zwalał mi odbywać wycieczki konne. Miałem już wtedy własnego szpaka, półkrwi araba, Sułtana, z którym jednak, niestety, trzeba było się rozstać. Miał defekt wzroku, nie sposób było jeździć na nim po zmierzchu, potykał się na równej drodze. Raz zwalił się, łeb trzymając przy ziemi, i byłby mnie zgniótł. Nie straciłem przytomności umysłu, rzuciłem się w bok z całej siły i nawet się nie potłukłem na trawie, ale noga została w strzemieniu. Koń wstał cały drżący. Pan Julian nie pozwolił mi go dosiąść, sam zsiadł ze swojej kobyły i poszliśmy pieszo do domu. Działo się to na dobrze ujeżdżonej drodze, w topolowej alei prowadzącej do bramy. Pod tymi ogromnymi nadwiślańskimi „sokorami” trwał gęsty mrok, Sułtan na pewno nic już nie widział, nawet białej bramy, która majaczyła o sto metrów stamtąd.

-    Trzeba Sułtana przyuczyć do chodzenia w zaprzęgu - orzekł Mościcki. - Drugi koń będzie go obok prowadził. Niech się pan zdecyduje, bo on Edziuniowi kości połamie.

Z końmi żyłem w wielkiej przyjaźni. Gdy wchodziłem do staj­ni, niosąc kawałki cukru, chleba czy babki, witało mnie pogodne rżenie kilku ulubieńców: araba Nemroda o mlecznobiałej sierści,  z różowymi jakby uśmiechniętymi chrapami, który zrządzeniem losu zawędrował do nas sprowadzony z Azji Mniejszej przez ja­kiegoś bankruta; karej wierzchówki ojca, czerkieski, z wypalo­nym taurem na boku; gniadego Sokoła, który na pewno był w cyrku, bo znał różne sztuczki z areny

i maszerował wyrzuca­jąc przednie nogi, gdy usłyszał marsze wojskowe; karogniadego Sobola. Ponoć był unikatem - miał wszystkie cechy nie istniejącej już rasy polskiej, tak ulubionej przez Kossaków.

Konie wniosły swą własną nutę w moje lata dziecinne. Na całe życie ustrzegłem się nagminnej dziś wzgardy dla zwierzęcia. Gdzie teraz znalazłby się koń wysłużony, już niedołężny i stary, na „łaskawym chlebie” dożywający dni swoich?

Mniej uroku miała stajnia folwarczna, wielki, stumetrowej prze­szło długości budynek wzniesiony bodaj za Sasów, o czym świad­czyły potężne, grube mury

z nieociosanych kamieni, z małymi, zakratowanymi okienkami. Nie miałem w tej stajni czworonoż­nych przyjaciół, ze sześćdziesiąt koni tam stało.

W stajni folwarcznej zachowywać musiałem czujność: rezydo­wał tam, odkąd pamiętam, opasły baran samotnik, o czterech za­kręconych, dość grubych rogach. Miał swoje prawa, zachcianki. Wszystko mu było wolno. Łaził pomiędzy końmi, pod ich brzu­chami, co nie wywoływało z ich strony żadnego sprzeciwu - sto­sunki końsko-baranie były bardzo przyjazne.

- Jij Bohu - zaklinał się stary stajenny - w noczi czort na nim jizdyt’. A jakby ne buło barana, na szyjach koniam by jizdyw. Ot, u pana Podhorśkoho staru kobyłu na smertzamuczyw. A hrywa buła jak kołtun.

Odzywał się tu przesąd odwieczny. Baran, w oczach tych ludzi, służył jako odtrutka na diabła, piorunochron od harców diabel­skich.

Pan Julian Mościcki milczał, nie wypowiadał swego zdania, ale darzył barana szczególniejszą sympatią.

Ten baran nie napastował służby folwarcznej, na mnie nie zwracał najmniejszej uwagi, ale miewał czasami swoje humory. Nie uznawał żadnych autorytetów, na ojca i na rządcę patrzył obojętnymi, wyłupiastymi oczyma. Nie daj jednak Boże, by zja­wił się w obejściu pop, ksiądz czy Żyd. Drażniły go szczególniej: riasa popowska, sutanna i długi chałat. Zaczynał wówczas koło­wać, kluczyć, chować się za wozami i nagle całym pędem walił intruza w plecy poczwórnymi rogami. I nie sposób było zamknąć barana, zawsze sobie poradził i szedł do ataku.

Jadwigopolski dwór stał na odludziu, oddzielony gęstym, zdzi­czałym parkiem od wsi, leszczynowe poszycie wrastało w aleje, w gazony, zakrywało staw wyginający się łukiem. Z jednej tylko sowiej alei - bo mnóstwo było sów w dziuplach - widać było część jego tafli w dolinie.

Oprócz psów podwórzowych był jeszcze mały, żółty mieszaniec Żużko, który miał się nazywać Joujou. Miał łeb mopsa, krzywe nogi jamnika, różowy nos i sterczące uszy. Żałosny był koniec owego Żużka, ulubieńca mej babki - jakieś dwa kundle wiejskie zdybały go w nie ogrodzonym parku i rozdarły; każdy ciągnął za jedną z tylnych łap i tylko głowa Żużka została przy resztkach tułowia.

Zrozpaczona babka pochowała go w skrzynce pod lipą. Wieść o tym dotarła do wsi i jacyś starsi gospodarze przyszli protestować do ojca.

- Starsza pani kazały pochowaty sobaku w domowyni, a to hrich.

Dostali wódki, ojciec ich udobruchał. Żużko został pod lipą na zawsze.

Stosunki ze wsią układały się dość dobrze, a nietrudno było o zadrę na tle umyślnie spreparowanej ustawy. Obowiązywała trzypolówka; co trzeci rok trzecia część gruntów leżeć musiała odłogiem, gmina miała prawo wypasania na niej bydła. Kompli­kowało to podorywkę, sprzyjało krzewieniu się chwastów. W in­nych wsiach bywało jeszcze gorzej. Widziałem dębowy las zde­wastowany i rzadki, bez poszycia. Drzewa należały do Ogińskie­go, właściciela majątku Parypsy, któremu w roku 1861,  za czasów reformy rolnej, odebrano część gruntów, a rolę podzielono między gospodarzy wiejskich. Była to oczywista szykana z zamiarem two­rzenia nie kończących się konfliktów i spraw sądowych. Żywych drzew nie wolno było rąbać właścicielom działek, starali się więc dać sobie radę inaczej - podcinali korzenie i zacierali ślady tej roboty, odpiłowywali nocami jeden konar po drugim. Tu i tam na zagonach siedziały ocalałe dęby, zboże w ich cieniu źle rosło, wieś ciągle była z dworem skłócona.

U nas było cokolwiek lepiej; na drugim folwarku, leżącym o kilka kilometrów z dala od wsi nie było żadnych serwitutów; prowadziło się tam racjonalną ośmiopolówkę.

Buraki cukrowe kontraktowane były przez firmy niemieckie, z zobowiązaniem wyprodukowania po dwóch latach pewnej ilości nasienia, które odsyłało się do Niemiec. Pamiętam jawny dowód oszustwa firm niemieckich: kiedy któregoś dnia wysypywano z oryginalnych, plombowanych niemieckich worków nasienie bu­raczane na przyszły rok, z jednego z nich wypadł zwykły kozik z rzemyczkiem. Gumienny rozpoznał go jako swój własny. Nie było wątpliwości - na ostrzu kozika wytłoczony był napis ro­syjski. Niemcy sprzedawali nam znacznie drożej nasze własne,  zeszłoroczne nasienie.

W końcu maja kilkaset dziewcząt szło w pola buraczane. Długi ich szereg szedł falą, boso, w kolorowych perkalach i barwnych chustach. Na tych „przerywkach” powstawał jakiś świąteczny na­strój. Nigdy nie nasłuchałem się tylu zbiorowych pieśni ludowych. Żniwa natomiast wyglądały zupełnie inaczej. Niewiele robót do­konywało się sierpem i kosą - trzeba było jedynie zaokrąglać rogi na polach i przebijać pierwszy przejazd dla snopowiązałek i żniwiarek. Do zbierania gotowych już snopów wystarczało kilka dziewcząt. Gdy zostawała tylko niewielka kępa stojącego jeszcze zboża do zżęcia, zaczynał się furkot osaczonej rzeszy skrzydla­tej - przepiórek, kuropatw, bażantów; czasem przerażony zając śmigał prawie spod kół maszyny, a gdy się to działo pod wsią, kundle

z chat okolicznych stały już czujnie na straży, z wrzaskiem i jazgotem wszczynały skazaną z góry na niepowodzenie gonitwę.

Żywy kontrast z pogodą wiejską i życiem spokojnym stanowiły miasta i miasteczka w tych stronach. Berdyczów był właściwie wielką oazą zacietrzewionych fanatyków mojżeszowego wyznania. Z dziesięć razy więcej ich było aniżeli Polaków i Rosjan, nie mó­wiąc już nawet o Ukraińcach, którzy nie osiedlali się

w mieście; naliczyłbyś najwyżej garść dziewcząt pracujących w domach pry­watnych i trochę niewykwalifikowanych robotników w garbar­niach, czekających tylko na chwilę, by uciuławszy trochę grosza wrócić na wieś do siebie.

W nieprawdopodobnych norach, ruderach, klitkach drewnianych gnieździło się w tym mieście mnóstwo zepchniętego na ostatnie dno nędzy proletariatu żydowskiego - a równolegle z tym koszmarem skrajnego ubóstwa i głodu kwitł handel zbożem, po­wstawały wielkie fortuny.

Byłem kiedyś w domu takiego kupca zbożowego - perskie dy­wany, kandelabry z mnóstwem kryształowych wisiorków, złocone meble, obrazy, a na odrzwiach,

z zewnątrz, obowiązkowo meta­lowa rurka z tekstem dziesięciorga przykazań, by każdy wierny mógł dotknąć jej wchodząc. Kupcy tego typu żyli wystawnie, mieli własne powozy, biura, buchalterów i sekretarzy. Nosili dłu­gie brody, jarmułki, jedwabne chałaty, białe skarpetki i czarne trepki, nie zapuszczali pejsów - to było już przeżytkiem zarezer­wowanym dla namiętnych chasydów. Przed żniwami wyjeżdżali zwykle      w teren, tym razem w butach, oceniać urodzaje, zawierać umowy - nie interesowały ich w ogóle gospodarstwa chłopskie czy mniejsze folwarki. Widywałem ich również i u nas; wozili z sobą, na osobnym wozie, samowary i statki, żywność koszer­ną i za nic jak stary Szajlok muzykant -  w domach „gojów” nie przyjmowali poczęstunku. Konie ich były spasione, powo­zy najlepszej marki, czasem wiedeńskie. Towarzyszyli im syno­wie, zaprawiający się w kunszcie kupieckim. Żony i córki nie jeździły nigdzie, siedziały w domu, nie posyłano dziewcząt do szkół, nawet najdroższych.

Żyło w tym Berdyczowie przeszło 100 000 ludności - ale gdy ogłoszono spis oficjalny, naliczono zaledwie 11 000. Na ten dzień wielu się pochowało, inni powyjeżdżali, istniał bowiem przesąd w środowisku chasydzkim, że liczenie ludzi - gdziekolwiek, pod dachem, na wozie, na chodniku - sprowadza czyjąś śmierć.

Znałem dobrze to miasto. Składało się z jednej bardzo długiej głównej ulicy z konnym tramwajem,  z dwóch krótkich przecznic, gdzie stały odwieczne, solidne kamienice z czerwonej cegły, zatło­czone mnóstwem ubogich mieszkańców i z całego szeregu bud, chałupek, byle jak skleconych szop i baraków, zagęszczonych, bez jednego drzewka czy ogródeczka.

Ruch był w tym Berdyczowie, gwar przejętej swymi sprawami biedoty. Żyła ona przeważnie  z wyrobu skórek na futra. Klientom proponowali wszystko - bobry, sobole, popielice, brajtszwance, szopy. Futrzarze berdyczowscy słynęli ze swego kunsztu, fabryko­wali ze skór psich, kocich   i króliczych świetne falsyfikaty, nie do odróżnienia od autentycznych. Zakłady ich ciągnęły się całymi ulicami, zamiast szyldów umieszczali na szeroko rozwartych, ma­sywnych żelaznych bramach trójkolorową kocią skórkę, wypełzłą i wyleniałą.

Śladem dawnej świetności sięgającej XVII stulecia był wielki kościół karmelitów z klasztorem, upamiętnionym imieniem księ­dza Marka z Konfederacji Barskiej,

i ogromne, udające pałac domisko, skonfiskowana siedziba Tyszkiewiczów, zrujnowanych podczas powstania 1831 roku.

Znaleźć kogoś mniej znacznego w tym olbrzymim miasteczku było niepodobieństwem - toteż tym chyba tłumaczy się powie­dzonko: „Pisz do mnie na Berdyczów”, co znaczyło, że nic nigdy nie dojdzie do rąk adresata.

W Berdyczowie żyło również trochę inteligencji polskiej: adwo­kaci, lekarze, kolejarze, pracownicy wielkiej garbarni założonej przez przemysłowców warszawskich - Szlenkiera i Pfeiffera.

Za berdyczowskim dworcem, jedynym dwupiętrowym budyn­kiem w mieście, już na skraju pól,  w dużym domu z dość rozleg­łym ogrodem a nawet

 i fontanną, mieszkał cioteczny brat ojca - inżynier Janusz Jankowski, naczelnik „dystansa”, linii kolejowej Koziatyń - Brześć. Była to domena kolejowa - skupisko kilku domów dla urzędników.

Miał również w Berdyczowie praktykę nasz „kochany konsyliarz”, dr Stanisław Peszyński, świadek moich urodzin i przy­jaciel rodziny. Dwie jego córki, Janina

i Wanda, były prawie moimi rówieśnicami - pierwsza wyszła później za mąż za do­ktora Aleksandra Januszkiewicza, rektora uniwersytetu wileń­skiego, druga - za Wincentego Lutosławskiego. Mieszkanie i ga­binet doktora mieściły się przy głównej ulicy.

Doktora Peszyńskiego tylko w bardzo rzadkich wypadkach ojciec sprowadzał na wieś do domu: dzieliła nas pięćdziesięciosześciokilometrowa odległość.

Gdy jako piątoklasista przyjechałem z matką na Wszystkich Świętych z Kijowa do domu, przeziębiłem się w porywistym wichrze i na drugi dzień ogarnęła mnie gorączka powyżej 40 stopni. Ojciec wezwał wtedy telegraficznie doktora Peszyńskiego. Stan mój był wyjątkowo ciężki.

- Albo koniec - powiedział doktor ojcu - albo zgodzi się pan na bardzo ryzykowny zabieg.

Nie było innej rady. Przyniesiono wannę, nalano wody z pły­wającymi kawałkami lodu i pogrążono mnie na minutę. Zostało mi z tej chwili wspomnienie niesłychanej ulgi. Po kilku tygod­niach mogłem znaleźć się  w mojej piątej klasie z powrotem. Śla­dy tej kuracji, która wówczas uratowała mi życie, pozostały jed­nak na zawsze.

Klientela lekarzy układała się równie kontrastowo, jak życie w tym mieście. Składała się z zamożniejszych, od których brano honoraria, i nędzarzy leczonych darmo i oblegających gabinety lekarskie w określonych godzinach. Do doktora Peszyńskiego nie sposób było się dotłoczyć, wejść nawet na schody w dni, w które za darmo przyjmował nędzarzy. By móc się w ogóle porozumieć  z tą biedotą, nauczył się nawet żargonu.

Równie popularny i znany był doktor Konrad Dynowski. Miał jednak na starość dziwaczne pomysły. Wsiadał na przykład na końcowym przystanku, obok swojego domu, do berdyczowskiego tramwaju - pudła wleczonego przez jednego konia na orczyku - płacił zamiast pięciu kopiejek całego rubla i żądał, by nikt inny nie wsiadał; jechał wtedy tryumfalnie sam jeden. Jeździło się do Berdyczowa końmi, w zimie czy w lecie, pomimo odległości 56 kilometrów - całą podróż odbywało się w ciągu jednego dnia. Komunikacja kolejowa była nieszczególna - 15 kilometrów do dworca, a potem przesiadanie się na koziatyńskim węźle, by znów dwie stacje przejechać, a tam czekać na miejscu, aż odrapany izwoszczyk się zjawi. W zimie jechało się źle oczyszczoną drogą przez zaspy, często między zwałami nanie­sionego śniegu, traktem pocztowym, wysadzanym gdzieniegdzie wierzbami. Konieczny był popas w połowie drogi w którymś mia­steczku.

W lecie wyprawy te miały swój urok - kraj zachował charak­ter stepowy mimo uprawy rolnej, wielkie łany wokoło, gdzie okiem sięgnąć. Czasami nawet stada dropi zrywały się niedaleko, łopocząc ciężko skrzydłami. Tak samo szlakiem stepowym jeździł Skrzetuski do Kurcewiczówny w konkury.

Znany szeroko w całej okolicy dom zajezdny Wólka wyglądał na pewno tak samo jak za czasów minionych. Wjeżdżało się końmi do szerokiej sieni wiodącej na podwórze, gdzie znajdowały się wozownie i stajnie. Prosto z tej sieni wchodziło się do ..stan­cji” - parterowych pokoi gościnnych. Witał wylewnie  przyjezd­nych „miszuresLejbuś z długą, siwą brodą

i zakręconymi mi­sternie pejsami, zawsze w jedwabnej czapce i pozieleniałym od starości i zajęć domowych chałacie. Wprowadzał z ukłonami do względnie czystych pokoi - i zawsze, nim pobiegł po samowar, połą chałata wycierał stół, by na nim żaden okruch po poprzed­nich gościach nie został. Wtedy dopiero zjawiał się uroczysty właściciel Wólko i witał słowami: „Pokój temu domowi”. Dbał rzeczywiście o swoich gości, nie zdarzały się u niego pijackie brewerie, nie sprowadzał nikt dziewcząt.

Pojechaliśmy kiedyś z ojcem do Skwiry, powiatowego miasta między Berdyczowem a Białą Cerkwią. Ciekawostką tamtejszego zajazdu był stary „miszuresIce, może stuletni, ale jeszcze pracowity i rześki.

-         Ice - ojciec się zwrócił do niego - proszę powiedzieć sy­nowi, skąd Ice ma  to  futro.

Ice rozchylił je szeroko - była to szarobiaława skóra bez żadne­go już włoska.

-          To futro podarował mojemu dziaduniowi sam pan Kazimierz Pułaski. Piękne było pokrycie, ciemne bordo, ze złoconymi guzi­kami. Tatuś mój mówił, że pan Kazimierz to był wielki elegant. A jakie on miał konie, aj, aj! Nawet sam król Stanisław lepszymi nie jeździł.  Ice mówił czystą, poprawną polszczyzną.

Delektował się kiedyś tą opowieścią pan Franciszek Pułaski,  znany historyk,  dyrektor Biblioteki Polskiej w Paryżu.

Sporą włość berdyczowską kupił po Tyszkiewiczach bogaty ku­piec moskiewski Rukawisznikow, niczym nie związany z tą oko­licą. Miał wyraźnego fioła - pił dużo, samotnie, zawsze był wieczorami we fraku i tak jak stał, ubrany i w butach, właził do wanny. Służba wyciągała go  z wody,  przebierała w suchą bieliznę i szlafrok, a on wtedy szedł, oparty o ramię jakiegoś swego towarzysza, szukać miejsca, gdzie mógłby się zdrzemnąć choć na parę godzin w fotelu - i to zawsze  w innym pokoju niż dnia poprzedniego. Pokoi tych miał ze sześćdziesiąt w wielkim, posępnym domu, nazywanym pałacem. W łóżku spać nie mógł. Chodziły legendy     o tym,  jak okradano go na każdym kroku. Nikt nigdy nie widział ani żony, ani rodziny multimilionera - maniaka.

Oiciec mój miał na imię Edward.

Grzebiąc w starych foliałach i pamiętnikach nie spotkałem imienia Edward za czasów przedrozbiorowych. Wprowadza je u nas swą „Nową Heloizą” Jean Jacques Rousseau - wchodzi

w użycie w okresie romantyzmu. Mój ojciec wziął to imię po wuju, pułkowniku Edwardzie Niwińskim, żołnierzu napoleońskim, dożywającym dni swoich w zakładzie emigracyjnym w Bourges. O tym pierwszym w rodzinie Edwardzie wiem bardzo mało, to tylko, że wspominano często na Podolu nazwiska „naszego” gene­rała Józefa Dwernickiego, Edwarda i Aleksandra Jełowickich, przywódców powstania 1831 roku na Rusi, i Niwińskiego.

Gdy wybuchło powstanie styczniowe, ojciec był pięcioletnim chłopakiem, a dziadek mój, Konstanty, inwalida wojenny 1848 roku, był poza orbitą zrywów ówczesnych. Mieszkał w Odessie.

Za najlepszą w tym mieście uchodziła wtedy szkoła handlowa, nastawiona w kierunku kontaktów z zagranicą. Ojciec skończył tę szkołę z oryginalnym dyplomem - zamiast złotego medalu dawano tam honorowe obywatelstwo miasta Odessy. Na nic mu się to później nie zdało. Wyniósł ze szkoły doskonalą znajomość języków, biegle mówił po francusku i włosku, znał dość dobrze angielski i niemiecki.

Dalsze życie poszło zygzakiem - większy urok dla niego miała literatura niż towaroznawstwo. Zdawałoby się, że to musiało za­ważyć na dalszej drodze życiowej, ale pociąg do życia wiejskiego okazał się jeszcze silniejszy.  Poszedł na studia rolnicze - Insty­tut Rolniczo-Leśny w Puławach ukończył w roku 1884. Miał już

w tym okresie pewność, że będzie gospodarował na swoim.

Dźwięczy mi jeszcze echem pieśń puławiaków, którą nieraz śpiewali z ojcem koledzy jego Bogdan Meleniewski, Ignacy Ostrowski i Karol Rościszewski mieszkający w pobliżu, to znaczy  o dziesiątki wiorst. Podkład muzyczny pieśni był dobry i dźwięcz­ny, ale tekst literacki niezbyt udany. Odzywała się w nim tęsknota do „nowej ery” - a chodziło tu po prostu o zamaskowanie słów „wolność’’ i „niepodległość”.

Podczas studiów w Puławach ojciec spędzał  ferie zimowe i wielkanocne w Warszawie,   u wujostwa Nagórnych, w ich rezy­dencji w Alejach Ujazdowskich. Dom był otwarty, bywało w nim wielu przemysłowców, bankierów i profesorów, znajomych gospo­darza, i muzyków, gości pani domu, Francuzki. Młodych puła­wiaków, bawiących w Warszawie, interesowały więcej zebrania, na których przemawiał Aleksander Świętochowski. Był on bo­żyszczem wierzącej w jego pozytywizm młodzieży, trochę pontyfikował, autorytetem był niewątpliwie, udzielał audiencji i, jak opowiadał mi ojciec, bezapelacyjnie rozstrzygał, gładząc swą dłu­gą brodę proroka, nurtujące młodzież problemy.

Matka, jeszcze jako panna Korwin-Piotrowska, w latach trochę późniejszych spędzała wraz ze swoją młodszą siostrą Oktawią dłuższe okresy w Warszawie. Na jakichś nielegalnie prowadzonych kursach również trafiła w środowisko młodzieży spod znaku Świętochowskiego. Jak miałem się przekonać wiele lat później, analogie tych wpływów okazały się raczej pozorne - matka przejęła się nimi do głębi i to na zawsze, podczas gdy ojciec na martwym punkcie nie stanął, zdobyć się miał na niejeden jeszcze przełom  w pojęciach.

Posmak świętochowszczyzny rzecz prosta musiał zaważyć i na moim wychowaniu, zwłaszcza gdy był mi podawany przez matkę jako uniwersalna recepta, klucz do zrozumienia świata i ludzi. Nic też dziwnego, że jeszcze przed maturą ów klucz rdzewiejący zgubiłem.

Literackie tęsknoty ojca były dla mnie stokroć szczęśliwsze. Najulubieńszym jego autorem był Dante, umiał na pamięć całe ustępy z „Boskiej komedii”, kochał się w dantejskiej tercynie i chciał mi to zamiłowanie zaszczepić. Uczył mnie, dziesięcio czy jedenastoletniego chłopaka, po włosku, i to nie z podręczników,

a w sposób dość niezwyczajny, tłumacząc i komentując fragmenty „Piekła” i „Czyśćca”. „Nieba” nie lubił.

Wcześniej niż Dante urzekł mnie Henryk Sienkiewicz. Ojciec przez długie wieczory specjalnie dla mnie czytał głośno „Try­logię”, od początku do końca. Miałem wtedy chyba lat dziewięć. Czekałem  z niecierpliwością, aż nadejdzie pora wieczorna, i słu­chałem w skupieniu, dzień w dzień, ojcowskiej lektury. Gdy zda­rzało się, że ktoś nas odwiedził i przepadał sienkiewiczowski sympozjon, ogarniała mnie rozpacz.

Kiedy - niestety - skończyła się „Trylogia”, ojciec zaczął czytać głośno Dumasa, Balzaka. Umiałem już dość po francusku, by tekst rozumieć, prysł jednak urok. Po Sienkiewiczu zosta­wała jakaś łuna w pamięci  i została na zawsze.

Książki Sienkiewicza, dość drogie, dostępne były tylko dla za­możniejszych. Znalazł się w Moskwie jakiś sprytny wydawca, skorzystał z braku ustawy o prawie autorskim i puścił na rynek przekład rosyjski „Trylogii”, o wiele tańszy od oryginału. Tysiące Polaków na kresach rozchwytywały ten przekład i znały teksty Sienkiewiczowskie jedynie z drugiej ręki. Urok tych książek fa­scynował tak bardzo, że nawet tłumaczenie, nie zawsze szczęśliwe, podbijało umysły i serca. Przepadała w nim jędrność staropolszczyzny i styl, ale czar fabuły wystarczał, by wywoływać entuzjazm. Czytano Sienkiewicza po zagrodach szlacheckich,

w domach rzemieślniczych - nieraz i organista kupował, gdy proboszcz zbyt długo delektował się oryginałem polskim i nie pożyczał ksią­żek od razu. Znajomość tekstów Sienkiewiczowskich stawała się obowiązkiem Polaka. Zbierano się po chałupach - słabopiśmienni, ci, którzy czytywali po polsku tylko książkę do nabożeństwa i led­wie dawali sobie radę z tym kunsztem, prosili, by im na głos czytano. Jednym z takich lektorów był stary nasz kucharz Fe­liks - jeden z nielicznych, posiadający na własność wydanie polskie, otrzymane na święta od ojca. Pośród jego słuchaczy byli i tacy, którzy już znali przekład rosyjski, ale chłonęli tekst polski, jakby był dla nich zupełną nowością.

Zachęcony powodzeniem wydawca z Moskwy wydrukował rów­nież „Quo vadis” pod cerkiewno-słowiańskim tytułem „Kamo griadioszi?”, deformującym od razu styl arcydzieła i jego aurę łacińską.

Babka Ligocka, Franciszka Julia z Nagórnych, osoba o usposo­bieniu dość suchym, nie opuściła żadnego wieczoru, gdy ojciec czytał „Trylogię”, nie chciała jednak słuchać Dumasa i Balzaka, uważała tych pisarzy za rozwlekłych i nudnych.

-       Owszem, Sienkiewicz - mówiła do mojej matki - ale te inne pomysły Edwarda; po co ta „Boska komedia”, po co ten Ugolino, ta Beatrycze? Gotów jeszcze jakiego literata zrobić z małego. Gdybyś ty, wnuczka Woroniczówny, robiła coś podob­nego, dziwiłabym się mniej, masz ostatecznie prawo do senty­mentów rodzinnych wobec tego Jana Pawła, którego czytać nie sposób. Ale żeby mój syn nie pomyślał ani razu, że w małym zmysł praktyczny trzeba rozwijać... Zmusza go do bujania w obło­kach, sam delektuje się w bzdurach. Zobaczysz, z tego nic dobrego nie wyjdzie.

To prawda, że ojciec czuł się nieswojo w środowiskach szlagońskich, nie lubił polowania,  w karty grać nie chciał, do Monte Carlo nie jeździł, nigdy nie widziałem, by wypił kieliszek konia­ku - pół szklanki wina, nie więcej. Mimo swoich tęsknot dan­tejskich nigdy nie próbował swych sił na polu literackim; pisał

i drukował artykuły i rozprawy na tematy rolnicze. Jego wzorowe gospodarstwo przyjeżdżali czasem oglądać goście z kraju i zza granicy. Bywały wzmianki w prasie kijowskiej o trzech naj­lepszych gospodarzach na Rusi - Stankiewiczu, Ligockim i Hanickim. Znane były ojcowskie eksperymenty szczepienia roli pod uprawę roślin motylkowych. Rozsiewano ziemię z bobowiska, a chłopi mówili, że „pan zdurył” - ziemię siać każe.

Pewnego pięknego dnia przyszedł z Petersburga opieczętowany rulon: ministerstwo rolnictwa przysłało mu dyplom „uczonowo agronoma”.

-        Uczony ty może jesteś - dość zgryźliwie odezwała się bab­ka - ale znów jest deficyt.

Trochę pobłażliwsza w stosunku do mego ojca, do synowej przekonania nie miała. Raziło ją zwłaszcza to, że matka, obłożona książkami, nie zajmowała się zupełnie gospodarstwem kobiecym.

-       Ona nawet nie wie - skarżyła się kiedyś jakiejś kuzynce - jak wygląda klucz od spiżarni. Stara Bierzańska wszystko ma w ręku. Kto słyszał, żeby pani domu nie zaglądała do kur, do obory, do warzywnego ogrodu? Ona woli siedzieć z książką pod lipą.

Gdy przyszedł czas wysłania mnie do gimnazjum, matka nawet słyszeć nie chciała, żebym jak tylu innych oddany został na stancję jakiejś polskiej rodzinie. Postanowiła, że aż do matury zamieszka ze mną   w Kijowie, i od tej decyzji apelacji nie było. Ojciec dosyć niechętnie odnosił się do tych planów, babka nato­miast zapowiedziała, że ma jeszcze dość sił, by wziąć na siebie gospodarstwo kobiece. Odtąd byliśmy oboje z matką gośćmi w domu rodzinnym w okresach ferii szkolnych. Znacznie ciekawsze, aniżeli te lata kijowskie, było moje dzieciństwo i do niego chętniej wracam myślami.

Sylwetki wielu osób, często spotykanych w dzieciństwie, a i tych nawet, którzy zmarli stosunkowo niedawno, rozpłynęły się w mgle. Byli natomiast inni, których określiłem jako „twarze z portretów”, osobiście nie znani młodszym, ale ciągle we wspomnieniach obec­ni. Wiele się o nich mówiło, więcej niż o żyjących. Były to na pewno jednostki wybijające się ponad przeciętność, a to więcej znaczyło, niż przywiązanie   i miłość.

Dwóch zwłaszcza ludzi widzę wyraźnie, chociaż odeszli, kiedy byłem jeszcze w kołysce: dziadka mojego Konstantego Ligockiego i wuja mojej matki Honorata Ostroroga-Sadowskiego. Koloryt  ich pamięci stokroć żywszy jest dla mnie aniżeli niektóre bez­pośrednie wspomnienia.

Konstanty Gabriel Ligocki, urodzony w roku 1811, był od wczesnego dzieciństwa sierotą. Opiekun wysłał go do liceum do Petersburga, a potem w roku 1830 do akademii wojskowej

- i podczas jego studiów oskubał go z majątku. Nigdy na wakacje nie sprowadzał go na Podole, posyłał tylko regularnie pieniądze. Służba wojskowa, i to długoletnia,  nie mogła dziadka jako sierotę ominąć - i nie ominęła.

W czasie tej służby jeden jedyny krewny, stryjeczny dziadka, Bartłomiej, wciąż pisywał do niego - ale i to się urwało  w maju 1831 roku. Bartłomiej zginął w oddziale Edwarda Jełowickiego w bitwie pod Daszowem.

W kilka lat po powstaniu listopadowym udało się dziadkowi wyrwać na dłuższy urlop i wyjechać za granicę. Nawiązał wtedy w Paryżu stosunki z dalekim swoim krewnym, Węgleńskim, któ­ry w roku 1831 był jednym z ministrów Rządu Narodowego. Spotykał się u niego z Bemem, z Dwernickim, a w jakichś do­mach polskich parę razy słyszał grającego Chopina.

Lata 1848—1849 były dla Konstantego Ligockiego szczególnie ciężkie - przydzielono go jako adiutanta do generała Ludersa, Niemca bałtyckiego, i z nim właśnie wysłany został na Węgry, Franciszkowi Józefowi        z pomocą. Dziadek nieraz mówił mojemu ojcu, że spotkało go na Węgrzech szczęście w nieszczęściu. Uważał, że jego miejsce było u boku Bema, a nie Liidersa. Nie miał nawet czasu, by wgryźć się w ten problem - podczas pierwszej potyczki, gdy wyjechał ze sztabem obserwować pozycje i, sie­dząc na koniu, jadł ranne śniadanie, kula armatnia przeleciała tuż obok ramienia, wyrwała część mięśni i strzaskała obojczyk. Przez rok leżał w Siedmiogrodzie w szpitalu. Szczególnie bolesne było wyciąganie srebrnych nitek akselbantów wtłoczonych w ranę. Chciano mu amputować prawą rękę aż do ramienia, ale jakiś lekarz Polak sprzeciwił się temu i, jak się okazało, miał słuszność.

Leżał w tym szpitalu, w klasztorze, pod wielkim obrazem, wy­obrażającym Chrystusa, jakiegoś nieznanego malarza ze szkoły włoskiej z połowy XVIII wieku. Przeor klasztoru podarował to płótno dziadkowi, gdy opuszczał Siedmiogród. Wisiało ono zawsze w pokoju mojej babki.

Przeniesiono dziadka z wojska do administracji cywilnej z sie­dzibą w Kamieńcu, niedaleko resztek jego zrujnowanej Leonówki. Tam się ożenił z córką Kaspra Nagórnego z Kożuchówki. Miał lat czterdzieści trzy,   a ona siedemnaście. Mój ojciec przyszedł na świat w Kamieńcu, ale niedługo można tam było popasać. Zbli­żał się rok 63, wrzało w polskich środowiskach Podola. Dziadek podał się do dymisji, osiadł w Odessie i wziął się do pracy przy budującej się kolei Morze Czarne - Grajewo. Dał sobie radę,  pod koniec życia był zamożnym człowiekiem.

Ojciec mówił chętnie o dziadku Konstantym. Obraz tego czło­wieka, z którego krwi byliśmy obaj, coraz wyraźniej zarysowy­wał się w mej wyobraźni. Wiem. że miał w sercu uraz z czasów młodości, ale świadomość tych przeżyć nie wyrażała się nigdy w zniechęceniu do ludzi i jakimś szorstkim podejściu - a wprost przeciwnie: swoi i obcy widzieli   w nim zawsze łagodną dobroć, uśmiech pogodny.

-          Tacy jak ja - powiedział kiedyś ojcu - płacili za Targo­wicę. Dwadzieścia pięć lat musiałem nosić carski mundur na grzbiecie. W roku trzydziestym nie mogłem pójść do powstania,

a przecież moje miejsce tam było. Nawet na miasto nie pozwala­no wyjść w niedzielę z akademii bez anioła stróża. Później, w czterdziestym ósmym, Węgrzy na mnie jak na wroga patrzyli. Kto wie, czy ta kula armatnia, która poszarpała mi ramię, nie była wystrzelona przez polską baterię; może sam Bem dawał instrukcję, jak nastawić celownik? To był pierwszy strzał w tej potyczce. A przecież Bem przyjąłby mnie   z otwartymi rękoma, gdybym się zameldował     u niego. W  Siedmiogrodzie, w klasztorze, kiedy jeszcze po trzeciej czy czwartej operacji nie byłem zupeł­nie przytomny, pochylił się nade mną jakiś młodzik w austriac­kim mundurze. Uniesiono mi głowę, a on zarzucił mi na szyję wstążkę z orderem. Franciszek Józef dekorował Żelazną Koroną nie mnie, a carskiego oficera, który przyczynił się jakoby do „usmirenija wiengierskawo miatieża”. Patrzył na to stary przeor klasztoru, dobry  i ludzki. On jeden wiedział, co się działo w tej chwili. Tyle razy okazywał mi serce. Nazywano go ojciec Lajos, był ponoć krewnym Batorych...

Ojciec zawsze podkreślał ów ładunek polskości., taki żywotny  w pojęciach i przeświadczeniach mojego dziadka skazanego prze­cież, jak tylu innych, na wynarodowienie w oddarciu od bliskich, w liceum i w wojsku. Widział w tym przejaw upartej naszej krwi wielkopolskiej i sięgający w głęboką przeszłość atawizm. Dwa bodźce - tradycja i cechy ambicjonalne - uchroniły go od pójścia pod wodę.

Wuj matki, Honorat Ostroróg-Sadowski z Czepielówki, był dla mnie zawsze drugą obok dziada Konstantego „twarzą  z portretu”. Zmarł, zanim się pojawiłem na świecie. Dużo się o nim mówiło, wpływ jego przez całe życie ciążył na matce. Oryginał, dziwak, wolterianin z przekonań, trochę nawet do Woltera podobny mimo cudackich wąsów, przystrzyżonych dość krótko i przedłużonych poniżej dolnej szczęki. Z żoną Francuzką żył na stopie etykietalnej, czemu sprzyjał ogromny dwór parterowy, z dwoma gankami na lekko wyginających się łukiem krańcach budynku. Były pod tym dachem właściwie dwa domy, żyjące prawie osobno, według innego rozkładu dnia, dwie kuchnie i dwóch kucharzy. Dzieci nie mieli - kilka lub kilkanaście panien bawiło stale przy ciotce, a między nimi i moja matka. Były w domu nauczycielki,  a ciotka sama dbała   o francuszczyznę kuzynek i pupilek. Tak trwało przez cały rok. W lecie, podczas wakacji, sporo bywało u wuja Hono­rata młodzieży męskiej. Kontakty między obu częściami domu ograniczały się wtedy do balików niedzielnych i podwieczorków w ogrodzie. Zaglądał tam dość często mój ojciec, bawiący zwykle na wakacjach  w pobliskich Rosołowcach,  u ciotki swojej, Ignacowej Jankowskiej, Nagórnej z domu. Tam się skrystalizowało późniejsze małżeństwo rodziców. Wuj Honorat prowadził swoisty tryb życia. Miał obok sypialni na tarasie budkę,  w której rezydował kogut. Ranne pianie przez cały rok spełniało rolę budzika.  O wpół do dziesiątej starszy pan jadł obiad, potem ubierał się starannie i szedł o południu, w ża­kiecie  i rękawiczkach, z wizytą do żony na małą godzinkę z sa­kramentalnym „ca va bien, mon amour?”                             O szóstej po południu w zimie i w lecie jadł u siebie kolację, a później od razu szedł spać. Resztę czasu, z rana   i po południu,  zajmowała lektura.

Ten tryb życia trochę się rozluźniał, gdy zjeżdżała młodzież męska - czytał wówczas niewiele i prowadził długie rozmowy z młodocianymi gośćmi. Bardzo rzadko mówił po polsku, prze­ważnie po francusku  i przeplatał swoje wywody całymi zdaniami po ukraińsku, ulegał bowiem, jak wielu w tych stronach, swoistej chłopomanii. Stosunki jego z wsią ułożyły się idyllicznie i nic ich nie miało zamącić. Raz na rok, koło Bożego Narodzenia, przyjmo­wał popa i dawał mu sto rubli na cerkiew,  a w sierpniu sąsia­dom - chłopom urządzał sute dożynki.

Skrzydło żeńskie ciotki Honoratowej żyło innym, zupełnie nor­malnym życiem. Panien stary dziwak nie lubił - wyjątek stano­wiła moja matka od czasu, gdy wykrył w swej siostrzenicy skłon­ności wolteriańskie, toteż wolno jej było przychodzić do niego na popołudniowe rozmówki i czytanie książek, będących w drugim skrzydle domu na surowym indeksie. Ciotka zachowywała prze­sądy klasowe, ostrzejsze u Francuzek z tej sfery niż w Polsce - wuj też ulegał wpływom wyniesionym z Francji, ale wręcz od­miennej natury: był radykałem, nawet zawziętym, do kościoła nigdy nie jeździł, podczas gdy ona ze swymi pannami w deszcz czy w pogodę pilnowała nabożeństw niedzielnych. Wpływ jakobińskiej filozofii starszego pana  czułem w mojej matce przez całe jej życie,  z tych czasów pozostała na zawsze wszczepiona przez wuja niechęć do klerykalizmu i do religijnej mistyki.

Raz tylko w życiu widziałem matkę w kościele, gdy zaprowa­dziła mnie na obowiązujące w szkołach średnich wielkopostne rekolekcje. Twierdziła, że czysta etyka, uzasadniona i konse­kwentna, więcej jest warta niż dogmat interpretowany dowolnie, gubiący się w sylogizmach i spekulacjach myślowych.

Chętnie jeździłem do wujostwa Ostrowskich, zawsze mi było dobrze w ich otoczeniu. Życie towarzyskie szło zupełnie innymi torami niż u nas, mieli mnóstwo przyjaciół. Spotkałem kiedyś u nich po raz pierwszy w życiu pisarza drukującego swe książ­ki - był to stryjeczny brat wuja, Stanisław Nałęcz-Ostrowski, powieściopisarz dość znany, piszący trochę „pod Sienkiewicza”. Miałem wtedy dwanaście lat. Przez całą noc młóciłem jego „Ry­cerski pas”, chodziło mi o „sposób” pisania książek. Niewiele się od niego dowiedziałem. Powiedział tylko: „Gdy się dobry temat nawinie, reszta sama przychodzi”. Właśnie ta „reszta” intereso­wała mnie najbardziej, zdawało mi się jeszcze, że istnieć musi ja­kaś czarodziejska pracownia pisarska, coś, co się wiąże z pierw­szym aktem Fausta. Dziwiło mnie bardzo, że pan Stanisław taki był prosty w obejściu, gdy ja się na próżno starałem dojrzeć nad jego głową jakiś cień aureoli...

W tym samym mniej więcej czasie przyjechał z Petersburga starszy, dość wymuskany pan z siwą w szpic ostrzyżoną bródką i czterej jego dorośli synowie. Spytałem w przelocie zaaferowaną ciotkę o nazwiska tych panów - Mickiewicz - brzmiała odpowiedź - kuzyni Ignasia. Zdumienie moje nie miało granic. Nie mogło mi się w głowie pomieścić, że widzę Mickiewiczów żyjących. Nie słyszałem jeszcze o tych  dwóch innych, synach Adama, których miałem kiedyś poznać w Paryżu.

Po kilku dniach, gdy goście już wyjechali, ciotka opowiadała, jak stałem długo w tym samym miejscu na korytarzu z zatroska­nym wyrazem twarzy. Bałem się kpiny, nie odważyłem się spy­tać, czy wszyscy ci Mickiewicze pisują wiersze? Okazało się, że papa Mickiewicza był inżynierem, dorobił się w Petersburgu, tam mieszkał w zimie, a lato spędzał na wsi, w kupionym niedawno majątku gdzieś za Smoleńskiem, daleko - wiadomo przecież, że Polak na Litwie ziemi kupić nie może. Czterej synowie byli rów­nież inżynierami  i pracowali przy budowie kolei syberyjskiej, po­stępującej naprzód jakoś bardzo powoli.

Skłonność do pisarstwa przejawiała się w rodzinie mej matki. Było wtedy dwóch Wincentych Piotrowskich w łuckim powiecie, stryjecznych. Ów ze starszej linii był ojcem Gabrieli Zapolskiej i osławionego Kazimierza, o którym tyle anegdot krążyło po War­szawie. Wincenty młodszy był moim dziadkiem. Mając lat osiem­dziesiąt chodził po ogrodzie i wycinał na pniach starych lip białe kwadraty, na których atramentowym ołówkiem pisał wierszowane sentencje, po polsku lub po francusku. Trwały te ogrodowe teksty niedługo, zmywał je pierwszy deszcz.

Po dworze boruchowskim plątały się echa przeszłości, a jej żywym jeszcze odbiciem była prababka - macocha dziadka, dru­ga żona pradziada Andrzeja. Pierwsza, rodzona moja prababka, Woromczówna, zmarła w roku 1813, w wieku dwudziestu paru lat, zostawiając córkę, ślepą od urodzenia Karolcię i Wincentego, który w chwili jej śmierci liczył kilka dni życia.

To, co się widziało w tym domu, mogłoby posłużyć jakiemuś polskiemu Gogolowi jako kanwa powieści  o „staroświeckim” ziemiaństwie. Snuły się po pokojach pod wygiętymi sufitami, wy­glądającymi tak, jakby się miały lada chwila zawalić, istoty dale­kie od życia - wszystkie bez wyjątku urodzone na początku stulecia;   prababka  w  czasach  napoleońskich,   ciotka Karolcia i dziadek na początku istnienia Królestwa Kongresowego, a naj­młodsza, ciotka Eleonora, w tym samym roku 1835, gdy „Pan Tadeusz” wydrukowany został w Paryżu. Mało mógłbym powie­dzieć o stuletniej chyba macosze dziadka, znajdującej się już w dość posuniętym stadium sklerozy. Nigdy nie można się było od niej dowiedzieć, czy była z domu Zbrożkówna, czy Buszczyńska, chociaż ciągle o tych Zbrożkach

 z lubością mówiła. Sylwetka jej została mi w oczach   w chwili, gdy otworzyły się drzwi    i uka­zała się w nich prababka wlokąca jedna ręką za rączkę którąś

z moich małych kuzynek,  a drugą kota za łapę, by się pozbyć obojga.

Ślepa ciocia Karolcia snuła się małomówna i cicha. Rozwinął się w niej przedziwny zmysł dotyku - tym, których spotykała po raz pierwszy, przesuwała lekko ręką po twarzy i to wrażenie wbijało się w jej pamięć na zawsze. Byłem małym chłopcem, gdy badała moje rysy w ten sposób i powiedziała: „Ty masz oczy po matce, ale resztę twarzy po ojcu” - a przecież mojego ojca „widziała” po swojemu kilka lat przedtem. Pradziad Andrzej po­stąpił rozsądnie, wydając niewidomą córkę za zagrodowego szlach­cica Sobieszczańskiego, wydzielając jej sto morgów ziemi i budując folwarczek. Sobieszczański był to poczciwy człowiek, pradziad go znał z szeregów powstańczych i cenił widocznie. Nie znałem ani jego, ani ich młodo zmarłego syna - spotykałem tylko dwie moje kuzynki, ich wnuczki, rosłe i zdrowe dziewuchy wiejskie, które same doiły krowy i boso kręciły się po obejściu. Mówiły mi kiedyś, że w zimie czytują i pana Sienkiewicza, i panią Orzeszkową, i panią Konopnicką. Po śmierci dziadka i ciotki Karolci Boruchów został sprzedany i całą tę dalszą rodzinę stra­ciłem z oczu.

Dziadek Wincenty miał różne dziwactwa, jadł zawsze od dzie­ciństwa pamiątkową jakąś, srebrną łyżką, która w końcu prze­tarła się. Nie pozwolił jej zalutować, przed każdym posiłkiem łatał ją gniecionym chlebem i jedząc zupę kilka razy powtarzał tę operację. Kiedy był barszcz czerwony, długa broda dziadka stawała się biało-amarantowa. Szedł do swojego pokoju, mył bro­dę starannie   i wracał, żeby kończyć spokojnie obiad. Nie zno­sił wanny, miał własny system codziennej kąpieli.  W kącie lasu stało kilkanaście ogromnych sosen, przeznaczonych na jego użytek. Co dwa - trzy lata ścinano sosnę i w dwumetrowym kawale pnia stelmach folwarczny dłubał otwór szeroki u góry, wąski u dołu, w ten sposób, by staruszek mógł wgramolić się po schod­kach i usiąść wygodnie w tym pniu pełnym wody. O dobry metr od pnia stał pulpit, służący kładł na nim gazetę i czuwał, by przewracać kartki. Starszy pan nie używał okularów, a wzrok mu się już cokolwiek wydłużył. Zabawnie to wyglądało: służący za­suwał drewnianą pokrywę przyrządu kąpielowego specjalnie po to, by nie zamoczyła się długa, prawie półmetrowa broda dziadka, a potem trwała lektura.

Była w domu jeszcze jedna osoba, wspomniana już ciotka Eleonora siostra mojej babki. Mieszkała zawsze przy siostrze, a kiedy dziadek owdowiał mowy nawet nie było, by przeniosła się gdzie indziej. „Dla przyzwoitości wziąłem z nią ślub” - oświadczył dziadek swym dzieciom. I nic się nie zmieniło. „Młodzi” małżon­kowie nadal mieszkali w dwóch różnych skrzydłach domu, ciotka Eleonora zajmowała się gospodarstwem jak dawniej.

Wspominało się również o braciach pradziada Andrzeja. Jed­nym z nich był Rudolf Piotrowski,  o którym pisze Sienkiewicz w swych „Listach z Ameryki”, prototyp pana Zagłoby. Losy młodszego, Ludwika, potoczyły się przedziwną koleją. Wiem o nim więcej, gdyż zmarł dopiero w roku 1916, mając lat sto czternaście, i odwiedzał go niejeden z rodziny.

Wpierw student warszawskiego uniwersytetu, później porucz­nik strzelców konnych, ileś tam razy ranny  w powstaniu, zesła­ny został w roku 32 do katorgi na Sybir, wrócił stamtąd przy końcu lat pięćdziesiątych. Zabrał się od razu do organizowania nowego powstania, znów odniósł serię ran ciętych i znów trafił na Sybir, na dożywotnie zesłanie. Kiedy skończył w roku 1902 sto lat, pozwolono mu wrócić do kraju. Pomogła mu rodzina, żył w małym domku koło Pabianic. Umarł na anewryzm serca z ra­dości, widząc w gazecie wielki nagłówek: „Niepodległość Polski”. Był to tylko manifest dwóch cesarzy z 5 listopada 1916 roku.

Nigdy nie pozwalał nazywać się dziadkiem, tylko wujaszkiem; powtarzał często, że świat jest pusty   i że nie ma nikogo. Na py­tanie, dlaczego nigdy się nie ożenił, odpowiadał:

-       Nie było czasu ani za młodu, ani przed drugim powstaniem, a na Syberii byle jakiej Jakutki brać sobie nie chciałem. Może bym się po powrocie do kraju (jako stuletni) ożenił, ale żadna mi się nie podobała.

Trochę był zdziecinniały, ale żyły w nim echa powstańcze. Wracał chętniej myślami do 1830 roku, o powstaniu styczniowym rzadko wspominał.

-           W roku 31 to była prawdziwa wojna - powtarzał. - Co nas zgubiło? Zawiść, mówię ci, zawiść. Polskie Napoleony żarły się z sobą... Była to dla mnie już jako pisarza jedyna okazja, by spojrzeć w oczy człowieka z innej epoki; w te oczy, które wi­działy ludzi tamtego czasu: Prądzyńskich, Skrzyneckich, Kickich. Jakaś życzliwa osoba czytała starcowi książki. Dziadek Ludwik entuzjazmował się nie znanym sobie jeszcze Sienkiewiczem, za to oburzał się na Żeromskiego, szczególniej na „Wszystko i nic”.

- To kłamstwo - seplenił trochę, ćmiąc wciąż faję. - Ci lu­dzie byli zupełnie inni. Jednego słowa o ich przywarach nie znaj­dziesz. Może ten Żeromski nie wiedział, ile w tych Napoleonach było  zawiści. Romantycy, marzyciele, pokazują ich wszystkich tak, jak sami chcieliby ich widzieć.

To samo było z fragmentami „Nocy listopadowej”. Stary powstaniec dawną swą młodość, a więc i studia uniwersyteckie dobrze pamiętał - roztkliwiał się nad światem bóstw greckich, znał ich imiona, przez dziewięćdziesiąt lat życia i pół wieku katorgi sybirskiej nie zgubił mitologii greckiej z pamięci - ale znów się powtarzał osąd krytyczny świadka z zamierzchłej epoki: ci ludzie byli inni………

 

* * * *

 

Do góry

 

Powrót do Sylwetek